czwartek, 21 listopada 2013

Bezsenność...

  Od ponad godziny siedzę lub leżę. Analizuję moje poczynania, wpatruję się w białe ściany i sufit. Patrzę się na syf, który jest na moim biurku. Wsłuchuję się w dźwięki pianina i skrzypiec, które rozbrzmiewają po cichu w moim pokoju próbując mnie uśpić. Ale nie, coś tutaj nie działa jak powinno.
 Chociaż sen przyszedł początkowo dość szybko, to był jakiś marny podstęp. Po paru godzinach przebudziłem się ze świadomością, że trzeba wstać. Z paniką otworzyłem oczy i wstałem. Szukałem telefonu. Parę nieodebranych połączeń... godzina 2.51. Co jest, do cholery?
 Później wydmuchałem nos, w którym roiło się od smarków. Lepiej, ale tylko na chwilę. Teraz spróbuj zasnąć - powiedziałem do siebie. Położyłem się z powrotem. Ale to nic nie dało. Gdy zamykałem powieki czułem jakby pod nimi był piasek, który drażnił gałki oczne i ocierał się o nie. Każde zamknięcie powiek było skwitowane bólem. Do tego jakby w czaszce toczyła się wojna. Ogień palił w zatokach i głębi mózgu.
 Dlaczego organizm sobie wybrał akurat ten czas na toczenie bezsensownej wojny sam ze sobą? Leżałem. Rozmyślałem, bo co mi innego zostało? W końcu ruszyłem się do drugiego pokoju. No tak, jestem sam. Nie mam co liczyć na jakąkolwiek pomoc w środku nocy. Nie dzwonię, nie mówię, bo każdy, do kogo bym się nie odezwał oddelegowałby mnie z wyrazami szczerej niewdzięczności.
 Stoję jak kołek w większym pokoju. Chłód. Źródłem tego chłodu był niedomknięty balkon. Jedno pytanie - czemu? Ale nie znalazłem odpowiedzi. Poszedłem i zamknąłem go. Następnie bez celu chodziłem to w tą, to we w tą. Ogień palił w głowie. Czemu tak bezsensownie chodzę?
 Udałem się do łóżka - ponownie. Znowu nie udało mi się zasnąć. Już jest po trzeciej... Zaraz będzie czwarta. Czemu tak liczę czas? On mi jest niepotrzebny. Przeminie i zabierze ze sobą cząstkę mnie... no i przy okazji cząstkę siedmiu miliardów ludzi.
 Mam ochotę pocieszyć pewną osobę. Ale żadne słowa nie przychodzą mi do głowy. Strata ukochanego zwierzaka jest ponadczasowa. Na co dzień niezauważalny element, który zazwyczaj chodzi i miauczy w pewnym momencie znika. Element, który wpisał się w życie codzienne nagle znika. Przerażający fakt. Ciężko się pogodzić z takim wyrokiem od strony losu. Ciężko pocieszyć taką osobę, bo nie wie się jakich słów dobrać, żeby nie zranić.
 Kiedyś też miałem kota, pięknego, czarnego. A raczej kotkę. Zawsze gdy ktoś wracał do domu to stała przy drzwiach, jak pies. Zresztą wychowywała się wraz z psem. Co prawda nie pamiętam owego psa, bo miałem rok albo dwa gdy został uśpiony, ale kota pamiętam dobrze. Przyszedł na świat parę miesięcy przede mną, odeszła, a raczej została otruta przez miłych sąsiadów szesnaście lat później. Teraz zostało kilka zdjęć... choć przyznam, że przez długi czas czułem obecność tego zwierzaka. Nieraz kładła się za monitor i mruczała lub ciężko oddychała. Gdy odeszła to zostało w mojej podświadomości i nieraz to słyszałem. Czasami zdawałem sobie z tego sprawę, ale wtedy to nie miało wielkiego znaczenia... chyba.
 Nawiązując do strat, to chyba muszę zaznaczyć jeszcze niedawną stratę psa... którego bardzo mocno kochałem. Ami... do dziś jakoś łatwo mi to nie przychodzi. Piękna psina, owczarek. Jasna sierść. Zawsze dokoła siebie robił raban, gdy on był było głośno, łasił się do każdego kogo znał. Swoimi wielkimi bursztynowymi oczyma patrzył i czekał nieraz na reakcję. Zazwyczaj potrafił budzić liżąc moją twarz o szóstej rano. Jakby mówił "nie wiem czy wiesz, ale jest rano i cię kocham". Miłe. Ale tego już nie będzie. Przeminęło.
 Wszystko przemija. Czas, ukochane zwierzęta, nawet ludzie. Pamiętam mój pierwszy dzień w technikum. A właściwie to niewiele byłem w gmachu tej szkoły, bo to było tylko rozpoczęcie roku szkolnego. Pierwszy wrzesień. Po tym pojechałem do mojej siostry. Nie pamiętam nawet co wtedy robiłem, ale ktoś - chyba mama - zadzwonił do mojej siostry. "Agnieszka nie żyje, zabiła się". Moje serce jakby się zatrzymało. Patrzyłem tępym wzrokiem w moją siostrę. Gdy łzy zaczęły napływać do oczu to rzuciłem okiem na monitor. Powstrzymałem potok. Nie wiem czemu. Chciałem udowodnić, że jestem silny? Głupota.
 Dlaczego ona to zrobiła? O co tu chodzi? Niedługo później pojechałem do domu, żeby dowiedzieć się więcej. Agnieszka, koleżanka i właściwie sąsiadka. Znałem ją od... nie wiem ilu, teraz nie pamiętam, ale na pewno od podstawówki, tego jestem pewny. Parę lat na pewno. Gdy udało mi się wrócić do domu to usłyszałem pełniejszy opis sytuacji. Nie zabiła się pierwszego września tylko dzień wcześniej. Około godziny dwudziestej drugiej. Powiesiła się na smyczy na osiedlowym trzepaku.
 Co ciekawe. Przed dwudziestą drugą widziałem ją z psem. Szedłem z ojcem i naszym psem. Spotkaliśmy ją. Ona była ze swoim haskim. Ona poszła wtedy do w kierunku bloku. Naszego bloku, bo właściwie dzieliła nas tylko ściana; mieszkała obok ze swoim (dość dziwnym) ojcem. Ja z moim tatą poszliśmy dalej. Nie odezwała się do nas. Nie rozumiem. Dlaczego ona to zrobiła? Impuls? Możliwe, sam miałem wiele razy impuls z zamysłem targnięcia się na swoje życie.
 Nie wiem... czy chciałbym wiedzieć? Nie mam pojęcia. Lepiej niektórych rzeczy nie wiedzieć, prawda? Mógł to być nawet durny impuls, który mógł być nawet przeze mnie i ojca spowodowany. Nie wiem jak bym wtedy mógł żyć z taką świadomością. Wiem tyle, że jak pojawia się taki impuls, to człowiek nie myśli o przyszłości... nie myśli o niczym. Tylko o tym, żeby wyzwolić się ze szponów tego świata. Ale dokąd?
 To jest pytanie, które nurtuje ludzkość od czasów najdawniejszych. Parę postów niżej dałem mój tekst dotyczący wizji dokąd idą ludzie - samobójcy - po targnięciu się na swoje życie. Dlaczego tak rozkopuję ten temat? Może dlatego, że nie mogę spać? Więc zatoczyłem koło....
 Nie mogę spać, bo za dużo myślę? Bo mam gorączkę i źle się czuję? Bzdura... ale prawdziwa. Powinienem spać, ale nie mogę. Gdzie tu sens, a gdzie logika?  Od prawie trzech godzin nie mogę zasnąć. No cóż. Niedługo będzie świt. Nie będę zdrowszy. Nie będę lepszy. Będę tylko niewyspany.
 Wnioski. Jeżeli ma się bezsenność to jest duże prawdopodobieństwo popadnięcia w depresję. Dowodem jest wyżej napisany tekst, w którym chciałem umieścić tor myślenia w nocy. Jeszcze parę wątków znalazłbym, żeby zanudzić te osoby, które jeszcze tutaj wchodzą i czytają moje wypociny, ale wstrzymam się od tego. Dobrej nocy.... chociaż nie, już jest dzień, no nie? Piąta... zaraz będzie szósta? Zasnę? Wątpię... może przeczytam książkę, o ile będę mógł się skupić. Ostatnio mam z tym problem, byle by do matury (próbnej, która mam za parę dni) mi przeszło.

1 komentarz:

  1. Kot żył dziewiętnaście lat. Przyniosłam go - ukradłam - z gospodarstwa zza torów. I pamiętam, jak rzygnął na Twoją klawiaturę a Ty z wielkim niezadowoleniem powiedziałeś, że tego nie sprzątniesz. :D
    Ja też pamiętam ten moment, nawet pamiętam, że staliśmy koło balkonu na B. i mama zadzwoniła. Ja też siebie winię. Bo kilka miesięcy wcześniej sygnalizowała mi problem, zachęciłam ją nawet by do mnie pisała. Nigdy tego nie zrobiła. Ale nie możemy ponosić odpowiedzialności za emocje innych ludzi. W szkołach powinni uczyć, że należy mówić, szukać pomocy i rozmawiać. Nie wysyłać w świat smutnych spojrzeń, a poprosić o pomoc. Agnieszka była taką osobą, która nie chciała rozmawiać.

    OdpowiedzUsuń