środa, 12 października 2016

Październik

Czy wspominałem kiedyś, że to jest mój ulubiony miesiąc? Nie? To dobrze, bo bym Cię okłamał. Nie lubię października. Kojarzy mi się z niedoskonałą częścią człowieka. Jakby dusza się okrywała ciemną mgłą. Coś na styl tego co młody Dorian Gray przeżywał po śmierci panny Vane. Tylko w tym przypadku pogoda wręcz ukazuje charakter tej przemiany. Jakby to właśnie ona poniekąd wpływała na chwilowe zmiany w nastroju.
A więc ów październik zagościł w naszym kraju, a także w naszych sercach. Roztoczył swój całun nad naszymi domami i spowił mgłą i deszczem nasze piękne miasta.
Nie mam dzisiaj zbyt wiele do powiedzenia, więc jedynie krótko opiszę co się zmieniło od mojego ostatniego przybycia w te strony. A więc jedna, może dwie toksyczne relacje przestały być toksyczne. W sumie przestały być nawet relacjami. Obie osoby z pewnością do dziś żywią do mnie uczuciem. Nie popadajmy w megalomanię, z pewnością negatywnym, szczególnie jeśli się spojrzy na huczne zakończenie naszych wspólnych rozwijających dysput. Niemniej trzeba zawsze coś wyciągnąć z każdego doświadczenia. W tym przypadku jedyne co mogę wyciągnąć to ohydę. Do nich, do siebie i do moich wcześniejszych decyzji, ale czego się spodziewać po kimś, kto pisze taki chłam, który czytasz, prawda?
Inna rozkoszna zmiana jest z kolei, o zgrozo, pozytywna. Pewna osoba zagościła w moim umyśle, sercu i życiu. Jaki dziw, że jest bardzo podobna do mnie. Przeraża, a zarazem raduje mnie to podobieństwo. Jak każdy coś przeżyła, jak każdy coś przetrwała, a jak powszechnie wiadomo, doświadczenia negatywne bardzo wzmacniają. Jest to czysta relacja. Aż się dziwię, że jestem w stanie tworzyć coś co nie jest toksyczne, albo robaczywe. A w każdym razie tego nie widzę. Tu pojawia się strach: a co jeśli jednak takie coś właśnie tworzę, tylko jest to zakorzenione w bardzo ukrytych odnogach mojej świadomości i naszej relacji? No cóż. Nie wiem.
Zmian z pewnością znajdzie się dziesiątki, każdy człowiek na płaszczyźnie czasu z każdym dniem się zmienia, a tutaj minęły trzy pory roku. Człowiek podobno całkowicie defragmentuje swój charakter raz na siedem lat. Myślę, że na przestrzeni ostatniego roku najwięcej zmian się u mnie zadeklarowało. Ciężko mi jest określić jak bardzo charakter mi się zmienił, niemniej widzę, że moje życie zaczyna wyglądać odrobinę inaczej. Czyżby dorastam? Nie wiem.

Niemniej uważam sezon za otwarty, witam Cię w naszym dorodnym, polskim i pięknym Październiku. Rozgość się. Zdejmij płaszcz i nakrycie głowy. Naleję Ci herbatki. Wódka jest na stole. Częstuj się.


Piękny czas niedoskonałości czas zacząć
Jak nigdy poczułem chęć na to aby odpocząć
Rozłożyłem kości, poczułem chłód
Poprawiłem poduszkę, usunąłem brud
Zamknąłem oczy i uśmiechnąłem się do siebie
Nie, z pewnością nie skończę w żadnym niebie
W końcu mój czas się skończył niepowrotnie
W tej trumnie jest trochę niewygodnie

poniedziałek, 30 listopada 2015

Koniec sezonu

Tak więc Listopad się kończy. Przed nami jeszcze tylko jedenaście miesięcy zanim ten podstępny skurwiel wróci i wywróci nam humory do góry nogami, ale wraz z nim wrócę i ja, Człowiek Melancholia. Wraz z nowymi przegryzionymi, zaropiałymi, przebrzydłymi i nieidealnymi przemyśleniami oraz z nową dawką depresyjnych tekstów.

Wraz z listopadem kończą się moje wpisy na ten rok. Wiem, że i tak nikt tego nie czyta i to jest tylko dla mnie, ale jakoś lepiej mi się robi, jak wylewam z siebie niepiękne smutki. Przynajmniej mam wrażenie, że część mnie, jak w Harrym Potterze Voldemort, przetrwa pod postacią internetowych horksuków cząstka mojej duszy zapisana w rymowanych jesiennych przemyśleniach. Nieistotne czy ktoś to odnajdzie, istotne, że przetrwa, prawda? Taki jest cel, znaleźć drogę do nieśmiertelności. Tak, robię się nudny, bo po raz kolejny mówię o tej mrzonce, ale miło by było jakby moje nazwisko przeszło pod postacią kilku tytułów do historii i przeżyło mnie. Ale żeby to osiągnąć trzeba od siebie dać wiele, czytać i pisać, w każdym razie w tej drodze, którą ja wybrałem.

Czas wrócić do pisania... no właśnie, pytanie: czego?

Otóż od jakiegoś czasu piszę coś co może mieć pewien potencjał. Wiem, może i za dużo od tego wymagam, tym bardziej, że dopiero co skończyłem pisać wstęp (zaledwie kilkadziesiąt stron, czym to jest w obliczu całego świata?). Mimo wszystko, nawet jak to okaże się kolejną porażką, to zawsze da jakieś doświadczenie. Prawda?
Prawda?

A oto tekst sprzężony z tym co obecnie piszę:

Prolog

Więc przyszedł czas, kiedy żywcem wieczna droga pogrzebana
Nieskalana przez złość czy smutek, gdzie jedynie litość
Zaprowadziła Pokój i nieśmiertelny Porządek
Tam wzywa Bóg, by ukazać swą nieskończoną tajemnicę

Act I

W Bramach pojawia się zwątpienie
Czy szukamy odpowiedzi na odpowiednie pytania?
Sny i marzenia kończą się tak samo

 I przychodzi dzień, w którym nie zaznasz odpoczynku


Act II

Czy zamierzasz teraz uciec? Tam gdzie nie ma powrotnej drogi?
Wszystko co ciebie czeka, jest zamknięte w zamglonej przyszłości
Nieważne kiedy i skąd przybyłeś
 

Twoja Nieśmiertelność pragnie akceptacji, którą starasz się kamuflować
Jednak nic nie przyniesie większej ulgi

 Zapomnienie jedynie jest tym co nęka najbardziej

Act III

Przeznaczenie jest okrutne.
Tu nie ma marzeń czy też dumy

 Ma dusza rozpada się w strzępy przez chciwość
Czy to nie czas na odnalezienie właściwej drogi?
By odkupić siebie, by znaleźć swoje ocalenie?

 Nie ma wspomnień po granicy między Czarnym, a Szarym


Akt IV

Nawet jeśli przyszłości dla mnie nie będzie
 

Nic nie powstrzyma mojej Nieśmiertelności
Moje poświęcenie noś z dumą na swoich ustach

 Gdyż Nieśmiertelność przeminie, wraz z Zapomnieniem



Kolejne dwa teksty są nieco zaległe, ale niemniej listopadowe.

Kłamstwo

Nauczyłem się pięknie kłamać
Oszukuję innych i sam siebie
Nie, nie zamierzam się kłaniać
Być może tak trafię do Ciebie
Nieistotne jak będzie wyglądać
Dzień, który właśnie odchodzi
To co przyjdzie, będę oglądać
Do czasu, aż nie zacznie odchodzić
Nauczyłem się pięknie kłamać
Oszukuję innych i sam siebie
Przestałem już słowa cenić
Tworzę nimi ochronę, wiem
Nie przyjdzie mi z tego nic
Choć bardzo bym tego chciał
Od słów pięknych chce się pić
Nawet jak będziesz tylko stał
Nauczyłem się pięknie kłamać
Oszukuję innych i sam siebie
Nie umiem już siebie oddawać

Nie ma już więcej mnie w sobie
Chcę z powrotem cenić słowa
Nie rzucać ich na wiatr wcale
Niemniej, pusta moja głowa
Szukam drogi, ciągle wytrwale
Nauczyłem się pięknie kłamać
Oszukuję innych i sam siebie
Nie chcę już więcej płakać
Nie chcę oszukiwać Ciebie

* * *

Wciąż mam ślady na rękach po nierealnych walkach
W głowie roi się od nieistotnych myśli, ich mordęgach
Nic absolutnie nie jest takie jak powinno być
I nie mam pojęcia dlaczego nie potrafię cokolwiek zmienić
Moja chwila na zawsze odeszła, pozwoliłem jej odfrunąć
Zamieniłem ją na utracone miesiące, nic nie przyjmując
Wewnętrzny żal wypełnił serce, którego już nie czuję wcale
Choć o tym nie wiem, to moja duma odeszła i niepowróci trwale
Mimo wszystko trwam, jak w blaszanej puszce, klatce
Wciąż nie brak mi niczego i uważam siebie za władcę
 


 Ostatnie dwa... tytuł mówi wszystko.

Dla Niej

Pocałunkiem mych słów urzeknie Cię moja dłoń
Kiedy zachód przegoni słońce, westchnienie
Przymknięte oczy będą widzieć, rozkoszy chłoń
Jęk i dreszcz przyjemności Cie przebiegnie
Skupiasz uwagę, nie ukrywasz przyjemności
Wręcz domagasz się więcej od mojej dłoni
Zapomniałaś o swojej dziewczęcej skromności
Wyciągasz rękę i kierujesz na odpowiednie drogi
Czujesz ciepło na karku, muśnięcie, na czole krople rosy
Zmysły działają, jak we mnie zakotwiczone
Wciąż błagasz o więcej, wtapiam się w twoje włosy
Nikt nie przewie nam tego w co zostało wtajemniczone


Dla Niej II

Promienie nocy wędrują nad horyzontem
Układają do snu, przenikają nierządem
Wręcz wymagają posłuszeństwa od nas
Lecz nie damy się, zrobimy to teraz
Bezwiednie rozpostarte dłonie
Lądują delikatnie na Twojej głowie
Z mrukiem muskam Cię w policzek
Kątem oka widzę delikatny uśmieszek
W tańcu ciał się zatraciłaś, zapomniałaś
Roztrzepane włosy na mym ciele zostawiałaś
Radosne rysy pazurów ozdabiają moją skórę
Twoje usta, jaskrawo czerwone, cały płonę
Zmysłom się całkiem już oddaliśmy
Błądzące ręce w rozkoszy razem spletliśmy
Zrównane oddechy, wymowne spojrzenie
Gra rytmów ciała, namiętne westchnienie 

środa, 18 listopada 2015

Dziewczyna z pociągu


"See my heart I decorate it like a grave
You don't understand who they
Thought I was supposed to be
Look at me now a man
Who won't let himself be  "


 Ulubione wersy tygodnia. Od kilku dni mi brzęczą jak w zepsutym głośniku, które umie tylko powtarzać echo. Jakoś tak szczególnie mi się zapisały w pamięci te wersy.


Zawsze jak zasiadam do zapisania nowego wpisu to myślę o czym by tutaj dzisiaj nasmarować. Ale cofnijmy się trochę w czasie.

Jakiś czas temu, może dwa tygodnie, kupiłem sobie książkę Dziewczyna z pociągu. Dzisiaj ją właśnie skończyłem. Muszę powiedzieć, że jest całkiem zawiła. Pomimo tego, że nie jest wcale tak długa, to zdążyła mnie już kilka razy oszukać przez co jeszcze bardziej zastanawiało mnie co będzie dalej. Ze strony na stronę miałem wrażenie, że właśnie za moment wydarzy się coś wielkiego, niesamowitego i niespodziewanego. Bardzo często tak się właśnie działo, dlatego tak bardzo ta książka mnie urzekła.

Rozczarowała mnie tylko jedna rzecz, a mianowicie zachowanie jednej bohaterki, która wydawała się być skrajnie nastawiona wobec Rachel (głównej bohaterki), a jednak zadziałała wbrew tego co można było się domyślać. No ale cóż, w końcu to nieprzewidywalny kryminał, nie mam na co narzekać. Dużo zabawy miałem przy czytaniu tej książki.

Jakoś tak połowa tego pięknego miesiąca za nami. Jak się z tym czujesz?
Ja w sumie nie czuję się jakoś specjalnie najlepiej. Listopad nie działa na mnie zbyt dobrze i zbyt często dopadają mnie myśli związane z ucieczką daleko. O tak, bardzo daleko, tylko nie widzę w tym absolutnie sensu. A jak nie ma sensu w sensie, to co? Owszem, używam tego bloga do użalania się nad sobą, dlatego nie zamierzam nawet się tłumaczyć, że mi przykro z tego powodu, bo akurat po to powstała ta myślodsiewnia, żeby nie truć konkretnym osobom dupy, tylko mogę pisać do ogółu, który może olać w dowolny sposób każde słowo razem lub z osobna. Miłego dnia.

Na wskroś przeszedłem każdy znany mi kąt
Gdzie azylu bezpieczeństwa wcale nie znajduję, czy to błąd?
Czy to nie bagno czy inne szemrane prawo
W moim westchnieniu więcej się wcale nie oddało
Z daleka jakby człowiek, wszystko jest takie jak powinno
A z bliska jakby obcy, życie już chyba całkiem obrzydło
Z wiekiem staje się jakby wypatroszony, niepełny
Dostrajam mym wdziękiem do nędznej zachęty
Każdym dźwiękiem nieminionym choć jeszcze zakotwiczonym
Było i przeminąć nie może, w braku ślepej wiary, w znakach przełączony
Na wskroś przeszedłem każdy znany mi kąt
Nie, nie ma azylu, każde znane miejsce to miniony błąd.

niedziela, 8 listopada 2015

Zarządzam śmierć

Wiem, czas nie był odpowiedni. Wiem, jeszcze była nadzieja. Wiem, nie wszystko było stracone. Ale mimo tego czas pożegnać się. Czuję się jakbym utracił przyjaciela. Ba, jakbym to ja go właśnie zabił. Skazał na śmierć. Sprzedał, jak Judasz Jezusa. Ale cóż... żyjemy w czasie gdzie bogiem są pieniądze. Prawda?

Tak więc oto koniec mojego auta, który wcześniej należał do ojca. W sumie bardzo niewiele nim jeździłem. A wydałem nieproporcjonalnie dużo na jego naprawy. Niemniej było to urządzenie, ba, skomplikowany system mechaniczny, który zawiódł mnie tylko raz. O raz za dużo. Może brzmi to tragicznie, ale taka jest prawda. Co wcale nie znaczy, że nie zawiódł innych. Mojego brata dobrych kilka razy, bo on nim częściej jeździł po śmierci ojca. Ale nie tylko, zawiódł też mojego ojca, patrząc na zdjęcia widziałem jak co najmniej raz przyjechała laweta po to auto.

Auto to skarbonka bez dna, zgadzam się z tym twierdzeniem. Ile razy ten golf był w naprawie w tym roku? Pięć? Może więcej. A mimo to znowu się zepsuł. Nie mam pojęcia czemu. Czy ojciec aż tak mocno go zaniedbał? Ale wiem co by powiedział. I do mnie i do brata - "Dać wam samochód... od razu popsujecie". To auto było wielce awaryjne.

Wczoraj był w pewnym sensie sądny dzień. Ostatni przejazd Golfem. Chciałem, żeby on tam dojechał na własnych siłach. Ale nie udało się. Skrzynia biegów umarła po drodze. Przejechałem może kilometr. A pozostałych dwadzieścia byłem holowany. Jedna z najdłuższych podróży jakie przeżyłem. Cisza, głucho, leśna jezdnia. W połowie drogi musiałem włączyć muzykę, choć akumulator wcale się nie ładował, to nie wytrzymałem tej ciszy. Po drodze widziałem jak ktoś, również golfem, nie wyrobił na zakręcie i spadł w rów, który był na dobre cztery metry w dół. Trochę żal mi się zrobiło kierowcy. Nigdy nie chciałbym przeżyć czegoś takiego, ale kierowca do tego doprowadził i jestem niemal pewny, że przez prędkość. Wszyscy na tym odcinku jeżdżą co najmniej dwa razy szybciej, niż nakazuje znak ograniczenia prędkości.

Tak więc tym sposobem auto, które miałem doprowadzić do końca - doprowadziłem. Melduję wykonanie zadania. Tylko komu? I jakiego zadania? Nieistotne. To już wszystko jest nieistotne. Czas wyrejestrować. Logout. Do widzenia, auto.



Skarpa


W nieprzyjemnym wietrze, jak skała kruszeję
Stoję i wyję, dotykam mojej twarzy, maleję
Moje serce wypełnia przenikliwy chłód
Na moich rękach pozostał tylko bród
Skrzydła, niegdyś piękne i wielkie
Obecnie połamane i zwiotczałe, miękkie
Nie wzbiję się do lotu, zgasł ten ogień
Wypaliłem się jak pustka, znikła ta czerwień
Zorza przykrywa moje niebo, piękna i nikczemna
Uwodzi mnie, pięknem przestrzeni ogromna
Stoję nad skarpą i wyję, maska już dawno spadła
Patrzę w przestrzeń, łamią mi się skrzydła
Wychylam się do przodu, chwytam się nadziei
Wiem, że dla mnie absolutnie nic się nie zmieni


piątek, 6 listopada 2015

Weny brak

Obudziłem się. Miałem nadzieję, że stworzę coś pięknego, albo chociaż konstruktywnego. Miałem ochotę coś napisać. Dokończyć opowiadanie. Dopisać kolejny rozdział. Zrobiłem kawę, włączyłem muzykę. Gdybym palił, to z pewnością bym zapalił. Usiadłem przed laptopem i już miałem zacząć. Napisałem dosłownie kilka zdań. Nic nie przychodzi do głowy. Jakby pustka. Nic. Biała ciemność. Zasłona na pomysły. Niezbyt dobre uczucie. Tak jakby chciało się coś stworzyć, ale nie można, w każdym razie nie to co się chce. Odrobina mnie chciała tworzyć coś nowego. Zacząć nowy projekt, który skończyłbym po paru zdaniach, bo potencjał w słowach byłby zupełnie inny, niż ten w głowie. Jak te inne, pozostawione, niedokończone. Jak w piosence The Billa.

Może i to są zwykłe narzekania z rana, ale czuję się rozczarowany sobą. Tak jak zazwyczaj mam ochotę coś napisać, to po prostu siadam i piszę. Rzadko mam takie blokady jak dzisiaj. Może dlatego, że jest piątek? Nie, to przecież absurdalne, data nie ma nic do tego. Chaos na biurku? Zawsze mam, to z pewnością nie to. Nieistotne.

Niemniej zaraz trzeba iść na uczelnię, kolejny ranek stracony. Też tak masz? Siadasz, chcesz coś zrobić, niekoniecznie stworzyć, po prostu masz jakiś plan i wychodzi gówno? Z pewnością. Najgorsze jest przeświadczenie utraconego czasu. Tak, to zdecydowanie marudzenie od rana. Przynajmniej tutaj, w internecie, w tej dennej studni mogę sobie anonimowo narzekać na egzystencję i brak sensu. I mi z tym całkiem dobrze.

Ponarzekał? Ponarzekał. Mogę spokojnie iść na uczelnię. 



Poranek


Patrzę w lustro, lecz odbicia nie widzę
Jak Graya płótno, obraz się zmienia
Siedzę, egzystuję, reasumuję swoją wiedzę
Swoje życie rezystuję, brak mi uwielbienia
Zamykam swoje drogi, odchodząc od zmysłów
Plączą mi się nogi, niewiedza niesie zniszczenie
Bezwiednie kroczę, brak mi nowych pomysłów
Nieskończoność skończę, jak w umyśle korzenie
Mój umysł, niby drzewo, daje piękne owoce
Wyobraźnia, piękne niebo, ułuda i iluzja
Niepiękna wieża, której nieznane mi są moce
Czysta beza, liście, białe kwiaty, konkluzja
Choć jeszcze o tym nie wiem, to znam swą enklawę
Tuż za tamtym rogiem, lustro ukazuje nie moją twarz
Piękne i straszne, choć go już nie naprawię
Czas, to co tragiczne, marny, jak ze mnie pisarz





niedziela, 1 listopada 2015

Syndrom Listopada

I nadszedł wreszcie ten miesiąc.
Listopad.
Piękny, długi jak jasna cholera i uporczywy bardziej niż pryszcze w gimnazjum.

Tej nocy, pomiędzy Halloween, którego nie lubię, a dniem zmarłych czuję się zawsze nieswojo. Tym bardziej w miejscu, do którego nie należę. Jakoś kiedyś to wszystko było naturalne. W każdym razie dla mnie. Wszystko po prostu się działo. Myślę, że każdy tak ma do pewnego roku życia. Coś się dzieje i tyle. Nie mamy nad tym kontroli, więc jest spoko. Ale przychodzi ten moment kiedy zaczynamy mieć realny wpływ na decyzje.

Jeszcze kilka dni i będzie dwa lata odkąd mieszkam tu gdzie mieszkam. Listopad. Tak. Właśnie wtedy wtopiłem się w środowisko tej średniej wielkości mieściny. Od tamtego czasu podjąłem tyle złych decyzji, że nie jestem w stanie ich zliczyć. O zgrozo, jeśli mógłbym chociaż dwie czy trzy zmienić. Nawet jedna w wielkim stopniu by wpłynęła na mnie obecnego.
Ale nie.
Czas jest wyjątkowy, bo nie można go przekupić, cofnąć czy też zmienić. Zawsze idzie do przodu, zawsze z tą samą prędkością. Co tak właściwie jest naprawdę ciekawe. Bo nigdy nie odczuwamy prędkości upływu czasu. Zawsze leci dla nas bardzo subiektywnie. Jak jestem z kimś w parku, to czas biegnie jakby był na jakimś maratonie. Za szybko. A jak jestem na wykładach z programowania, to już znacznie wolniej. O tak. Znacznie wolniej. Za wolno.

Dzień zmarłych. Tego dnia wszyscy biegną jak na złamanie karku po to, żeby w pośpiechu zapalić świeczkę na grobie kogoś, kto był bliski. Po co to właściwie? Z pewnością nie po to aby upamiętnić daną osobę. Osobiście mi to rybka czy ktoś mi zapali znicz pierwszego listopada czy pierwszego stycznia czy pierwszego nigdy. Nie odczuję tego. Wolałbym zostać jakoś zapamiętany, niż stać się stacjonarną jednostką przyjmującą świeczki i kwiaty. Chociaż przyznam, lubię kwiaty. Szczególnie wrzosy i lilie.

Mimo wszystko w wolnej chwili to niektórzy myślą o tych zmarłych. Kiedyś sporo myślałem o wujku, którego nie dane było mi poznać. Z chęcią porozmawiałbym z nim. Miałbym wiele wspólnych tematów. Im więcej się o nim dowiadywałem, tym bardziej miałem ochotę go poznać. Potem zaciekawiłem się swoim dziadkiem. Nie wiedziałem, że pisał artykuły dla gazety czy też pisał książkę. Szkoda, że nigdy jej nie wydał. Szkoda, że moja matka wywaliła rękopis. Przeczytałbym. Chciałbym poznać moją siostrę, której nie dane było żyć zbyt długo na tym świecie. A przede wszystkim chciałbym więcej czasu spędzić z ojcem, którego mi chyba najbardziej brakuje. Szkoda, że ta pierwsza dwójka umarła przez swoje nałogi, a kolejna przez błędy lekarzy. Zbyt wielu rzeczy żałuję. Czasem nie potrafię pójść dalej nie oglądając się wstecz. Zbyt często się oglądam. Jakby tam były kolory mojego życia, a przede mną tylko szarość.

Chociaż moja droga wcale się nie skończyła, ba, sądząc po datach z nagrobków, to moja droga dopiero rozkwita, a czuję się jakbym miał już dosyć. Przytłoczony wszystkim idę jak żywe ścierwo. Nie mam ochoty rozmawiać, żyć, egzystować. A mimo wszystko trzeba założyć tą lekko ironiczną maskę, która pokazuje mnie takim jakim bym chciał być. W sumie chyba nieźle mi wychodzi. Znacznie lepiej, niż kiedyś. Znacznie. Ale czy ta maska nie zabija mnie samego?



Oblicze nieokiełznanej
Śmierci, pani naszej
Ta, która cierpliwa
Czeka, nieszczęśliwa

Początkiem płaczu i żałoby
Kresem życia i urody
Śmierci, czemuś Ty piękna?
Śmierci, czemuś bezwzględna?

Zabierasz bliskich mi
A mnie każesz tu tkwić
Zsyłasz tęsknotę i smutek
Żałobny fechtunek



Dawno nie dawałem dwóch utworów. Chyba nadszedł czas. W końcu nadszedł upragniony żałobny miesiąc. Jesień, jedyny czas kiedy mogę swobodnie pisać.

Szedłem już tą drogą tyle razy
Dziś nie prowadzi tam gdzie zawsze
Jakby nieśmiertelna w braku skazy
Wybacz za porażki, wciąż marzę
Biegnę w kierunku nie do końca znanym
Długo, jak cała nieskończoność
Mam wciąż nadzieję, że się tam spotkamy
Zawsze jest wrażenie, jakby złość
Gniew i smutek przeplatają się nieraz
Chociaż wiem, jaki może mieć skutek
Chociaż płynę tą rzeką, zawsze ten sam głaz
Kryje się za nim zwątpienie i smutek
Jakby tama w strumieniu życia
Niczym zator w naszych żyłach
Hamuje nas od działania i bycia
Gdzie Ty przez ten cały czas byłaś?

poniedziałek, 26 października 2015

Utwory Zebrane

A więc nadszedł ten dzień. Dzisiaj zdałem sobie z czegoś sprawę.

Pojechałem na pocztę. Tak, samochodem. Tak, jestem leniwy. Ale potem miałem jechać do Gdyni, więc była jakaś wymówka. Odebrałem przesyłkę. Pojechałem do siostry i jej chłopaka. Porozmawialiśmy o tym jak było w Szkocji. Od tamtego czasu się z nim nie widziałem. Było trochę do przegadania, no nie? Zrobiliśmy pizzę, potem obejrzeliśmy The Walking Dead, kolejny sezon, kolejny odcinek. Cliff hanger. Jakoś mnie to nie dziwi. Serial powoli upada, to próbują jakimś sposobem utrzymać widzów. Udaje im się.


Ale nie o tym chciałem. Chodzi o przesyłkę. Z okazji dnia, który przypomina mi, że coraz bliżej mi do śmierci (urodzin) postanowiłem kupić coś, co planowałem od jakiegoś czasu. A mianowicie zbiór wierszy Rafała Wojaczka. Tak więc nawet pozwolę sobie zacytować jeden wiersz, moim zdaniem jeden z lepszych, ale to niżej. Tak przeglądałem ten tomik i uśmiechnąłem się do siebie. Tak, staję się jednym z tych, z których śmiałem się jakieś dziesięć lat temu. Uczę się coraz lepiej (może nie logarytmiczne, a raczej bardzo powoli - jakby to miało zostać przedstawione na wykresie). Czytam wiersze. Zamykam się w sobie. Jestem dla innych jak księga skryta na strychu. Każdy wie, że gdzieś tam jest, ale nikomu niepotrzebna. Tylko czasami wołam o to, żeby ktoś mnie przeczytał. Przykre? Może odrobinę, ale tak właśnie wygląda życie dorosłe. Nie prosiłem o to, ale akceptuję. Zawsze się dostosuję.


Jestem ciekaw na ile moje wiersze zdają się do czytania. Owszem, nie jestem poetą. Daleko mi do takiego Wojaczka, Roguckiego, Bursy, Leśmiana, Tuwima czy Morrisa. Staram się na tyle ile mogę, czyli niewiele.Jestem równie ciekaw ile po mnie zostanie.

Nie mam prawa stawiać mojego wiersza, obok wierszy Mistrza, więc...


Początek wiersza

Śmierć

(Kto widział od takiego słowa zaczynać wiersz
Nie lepiej od razu 
Się powiesić)


Piszę Miłość

dla ciebie piszę miłość
ja bez nazwiska
zwierzę bezsenne

piszę przerażony
sam wobec Ciebie
której na imię Być
ja mięso modlitwy
której Ty jesteś ptakiem

z warg spływa 
kropla alkoholu
w niej wszystkie słońca i gwiazdy
jedyne słońce tej pory

z warg spływa
kropla krwi
i gdzie Twój język
który by koił ból
wynikały z przegryzionego
słowa kocham


Ptak, o którym trochę wiem

Patrzy na mnie moja twarz odbita w chmurze
mgły, co wyszła mi z ciała przez szpary w powiekach.
A to jest mgła krwi i już za horyzont ścieka.

A mój wydech co także jest krwią, tylko suchą, 
jest wiatrem pionowym co jeszcze zakotwiczony
w róży płuc jest łodygą krążącego ptaka.

Lecz że ziemia się właśnie odwrotnie obraca
obracają się we mnie płuca aż przez usta
wyszarpną się spomiędzy żeber niby chustka.

Więc póki jeszcze jest niebo, moja twarz rozległa,
póki nad horyzontem krew świeci jak jutrzenka,
póty ptak zna miarę swego wywyższenia.

Lecz już, choć o tym nie wie, powoli przecieka
spod tamtego pod ciasne niebo, już pod moją 
powieką się rozpływa w ciężki jak całun obłok. 


Żyję nie widując gwiazd

żyję nie widując gwiazd
mówię nie rozumiejąc słów
czekam nie licząc dni

aż ktoś przebije ten mur