poniedziałek, 30 listopada 2015

Koniec sezonu

Tak więc Listopad się kończy. Przed nami jeszcze tylko jedenaście miesięcy zanim ten podstępny skurwiel wróci i wywróci nam humory do góry nogami, ale wraz z nim wrócę i ja, Człowiek Melancholia. Wraz z nowymi przegryzionymi, zaropiałymi, przebrzydłymi i nieidealnymi przemyśleniami oraz z nową dawką depresyjnych tekstów.

Wraz z listopadem kończą się moje wpisy na ten rok. Wiem, że i tak nikt tego nie czyta i to jest tylko dla mnie, ale jakoś lepiej mi się robi, jak wylewam z siebie niepiękne smutki. Przynajmniej mam wrażenie, że część mnie, jak w Harrym Potterze Voldemort, przetrwa pod postacią internetowych horksuków cząstka mojej duszy zapisana w rymowanych jesiennych przemyśleniach. Nieistotne czy ktoś to odnajdzie, istotne, że przetrwa, prawda? Taki jest cel, znaleźć drogę do nieśmiertelności. Tak, robię się nudny, bo po raz kolejny mówię o tej mrzonce, ale miło by było jakby moje nazwisko przeszło pod postacią kilku tytułów do historii i przeżyło mnie. Ale żeby to osiągnąć trzeba od siebie dać wiele, czytać i pisać, w każdym razie w tej drodze, którą ja wybrałem.

Czas wrócić do pisania... no właśnie, pytanie: czego?

Otóż od jakiegoś czasu piszę coś co może mieć pewien potencjał. Wiem, może i za dużo od tego wymagam, tym bardziej, że dopiero co skończyłem pisać wstęp (zaledwie kilkadziesiąt stron, czym to jest w obliczu całego świata?). Mimo wszystko, nawet jak to okaże się kolejną porażką, to zawsze da jakieś doświadczenie. Prawda?
Prawda?

A oto tekst sprzężony z tym co obecnie piszę:

Prolog

Więc przyszedł czas, kiedy żywcem wieczna droga pogrzebana
Nieskalana przez złość czy smutek, gdzie jedynie litość
Zaprowadziła Pokój i nieśmiertelny Porządek
Tam wzywa Bóg, by ukazać swą nieskończoną tajemnicę

Act I

W Bramach pojawia się zwątpienie
Czy szukamy odpowiedzi na odpowiednie pytania?
Sny i marzenia kończą się tak samo

 I przychodzi dzień, w którym nie zaznasz odpoczynku


Act II

Czy zamierzasz teraz uciec? Tam gdzie nie ma powrotnej drogi?
Wszystko co ciebie czeka, jest zamknięte w zamglonej przyszłości
Nieważne kiedy i skąd przybyłeś
 

Twoja Nieśmiertelność pragnie akceptacji, którą starasz się kamuflować
Jednak nic nie przyniesie większej ulgi

 Zapomnienie jedynie jest tym co nęka najbardziej

Act III

Przeznaczenie jest okrutne.
Tu nie ma marzeń czy też dumy

 Ma dusza rozpada się w strzępy przez chciwość
Czy to nie czas na odnalezienie właściwej drogi?
By odkupić siebie, by znaleźć swoje ocalenie?

 Nie ma wspomnień po granicy między Czarnym, a Szarym


Akt IV

Nawet jeśli przyszłości dla mnie nie będzie
 

Nic nie powstrzyma mojej Nieśmiertelności
Moje poświęcenie noś z dumą na swoich ustach

 Gdyż Nieśmiertelność przeminie, wraz z Zapomnieniem



Kolejne dwa teksty są nieco zaległe, ale niemniej listopadowe.

Kłamstwo

Nauczyłem się pięknie kłamać
Oszukuję innych i sam siebie
Nie, nie zamierzam się kłaniać
Być może tak trafię do Ciebie
Nieistotne jak będzie wyglądać
Dzień, który właśnie odchodzi
To co przyjdzie, będę oglądać
Do czasu, aż nie zacznie odchodzić
Nauczyłem się pięknie kłamać
Oszukuję innych i sam siebie
Przestałem już słowa cenić
Tworzę nimi ochronę, wiem
Nie przyjdzie mi z tego nic
Choć bardzo bym tego chciał
Od słów pięknych chce się pić
Nawet jak będziesz tylko stał
Nauczyłem się pięknie kłamać
Oszukuję innych i sam siebie
Nie umiem już siebie oddawać

Nie ma już więcej mnie w sobie
Chcę z powrotem cenić słowa
Nie rzucać ich na wiatr wcale
Niemniej, pusta moja głowa
Szukam drogi, ciągle wytrwale
Nauczyłem się pięknie kłamać
Oszukuję innych i sam siebie
Nie chcę już więcej płakać
Nie chcę oszukiwać Ciebie

* * *

Wciąż mam ślady na rękach po nierealnych walkach
W głowie roi się od nieistotnych myśli, ich mordęgach
Nic absolutnie nie jest takie jak powinno być
I nie mam pojęcia dlaczego nie potrafię cokolwiek zmienić
Moja chwila na zawsze odeszła, pozwoliłem jej odfrunąć
Zamieniłem ją na utracone miesiące, nic nie przyjmując
Wewnętrzny żal wypełnił serce, którego już nie czuję wcale
Choć o tym nie wiem, to moja duma odeszła i niepowróci trwale
Mimo wszystko trwam, jak w blaszanej puszce, klatce
Wciąż nie brak mi niczego i uważam siebie za władcę
 


 Ostatnie dwa... tytuł mówi wszystko.

Dla Niej

Pocałunkiem mych słów urzeknie Cię moja dłoń
Kiedy zachód przegoni słońce, westchnienie
Przymknięte oczy będą widzieć, rozkoszy chłoń
Jęk i dreszcz przyjemności Cie przebiegnie
Skupiasz uwagę, nie ukrywasz przyjemności
Wręcz domagasz się więcej od mojej dłoni
Zapomniałaś o swojej dziewczęcej skromności
Wyciągasz rękę i kierujesz na odpowiednie drogi
Czujesz ciepło na karku, muśnięcie, na czole krople rosy
Zmysły działają, jak we mnie zakotwiczone
Wciąż błagasz o więcej, wtapiam się w twoje włosy
Nikt nie przewie nam tego w co zostało wtajemniczone


Dla Niej II

Promienie nocy wędrują nad horyzontem
Układają do snu, przenikają nierządem
Wręcz wymagają posłuszeństwa od nas
Lecz nie damy się, zrobimy to teraz
Bezwiednie rozpostarte dłonie
Lądują delikatnie na Twojej głowie
Z mrukiem muskam Cię w policzek
Kątem oka widzę delikatny uśmieszek
W tańcu ciał się zatraciłaś, zapomniałaś
Roztrzepane włosy na mym ciele zostawiałaś
Radosne rysy pazurów ozdabiają moją skórę
Twoje usta, jaskrawo czerwone, cały płonę
Zmysłom się całkiem już oddaliśmy
Błądzące ręce w rozkoszy razem spletliśmy
Zrównane oddechy, wymowne spojrzenie
Gra rytmów ciała, namiętne westchnienie 

środa, 18 listopada 2015

Dziewczyna z pociągu


"See my heart I decorate it like a grave
You don't understand who they
Thought I was supposed to be
Look at me now a man
Who won't let himself be  "


 Ulubione wersy tygodnia. Od kilku dni mi brzęczą jak w zepsutym głośniku, które umie tylko powtarzać echo. Jakoś tak szczególnie mi się zapisały w pamięci te wersy.


Zawsze jak zasiadam do zapisania nowego wpisu to myślę o czym by tutaj dzisiaj nasmarować. Ale cofnijmy się trochę w czasie.

Jakiś czas temu, może dwa tygodnie, kupiłem sobie książkę Dziewczyna z pociągu. Dzisiaj ją właśnie skończyłem. Muszę powiedzieć, że jest całkiem zawiła. Pomimo tego, że nie jest wcale tak długa, to zdążyła mnie już kilka razy oszukać przez co jeszcze bardziej zastanawiało mnie co będzie dalej. Ze strony na stronę miałem wrażenie, że właśnie za moment wydarzy się coś wielkiego, niesamowitego i niespodziewanego. Bardzo często tak się właśnie działo, dlatego tak bardzo ta książka mnie urzekła.

Rozczarowała mnie tylko jedna rzecz, a mianowicie zachowanie jednej bohaterki, która wydawała się być skrajnie nastawiona wobec Rachel (głównej bohaterki), a jednak zadziałała wbrew tego co można było się domyślać. No ale cóż, w końcu to nieprzewidywalny kryminał, nie mam na co narzekać. Dużo zabawy miałem przy czytaniu tej książki.

Jakoś tak połowa tego pięknego miesiąca za nami. Jak się z tym czujesz?
Ja w sumie nie czuję się jakoś specjalnie najlepiej. Listopad nie działa na mnie zbyt dobrze i zbyt często dopadają mnie myśli związane z ucieczką daleko. O tak, bardzo daleko, tylko nie widzę w tym absolutnie sensu. A jak nie ma sensu w sensie, to co? Owszem, używam tego bloga do użalania się nad sobą, dlatego nie zamierzam nawet się tłumaczyć, że mi przykro z tego powodu, bo akurat po to powstała ta myślodsiewnia, żeby nie truć konkretnym osobom dupy, tylko mogę pisać do ogółu, który może olać w dowolny sposób każde słowo razem lub z osobna. Miłego dnia.

Na wskroś przeszedłem każdy znany mi kąt
Gdzie azylu bezpieczeństwa wcale nie znajduję, czy to błąd?
Czy to nie bagno czy inne szemrane prawo
W moim westchnieniu więcej się wcale nie oddało
Z daleka jakby człowiek, wszystko jest takie jak powinno
A z bliska jakby obcy, życie już chyba całkiem obrzydło
Z wiekiem staje się jakby wypatroszony, niepełny
Dostrajam mym wdziękiem do nędznej zachęty
Każdym dźwiękiem nieminionym choć jeszcze zakotwiczonym
Było i przeminąć nie może, w braku ślepej wiary, w znakach przełączony
Na wskroś przeszedłem każdy znany mi kąt
Nie, nie ma azylu, każde znane miejsce to miniony błąd.

niedziela, 8 listopada 2015

Zarządzam śmierć

Wiem, czas nie był odpowiedni. Wiem, jeszcze była nadzieja. Wiem, nie wszystko było stracone. Ale mimo tego czas pożegnać się. Czuję się jakbym utracił przyjaciela. Ba, jakbym to ja go właśnie zabił. Skazał na śmierć. Sprzedał, jak Judasz Jezusa. Ale cóż... żyjemy w czasie gdzie bogiem są pieniądze. Prawda?

Tak więc oto koniec mojego auta, który wcześniej należał do ojca. W sumie bardzo niewiele nim jeździłem. A wydałem nieproporcjonalnie dużo na jego naprawy. Niemniej było to urządzenie, ba, skomplikowany system mechaniczny, który zawiódł mnie tylko raz. O raz za dużo. Może brzmi to tragicznie, ale taka jest prawda. Co wcale nie znaczy, że nie zawiódł innych. Mojego brata dobrych kilka razy, bo on nim częściej jeździł po śmierci ojca. Ale nie tylko, zawiódł też mojego ojca, patrząc na zdjęcia widziałem jak co najmniej raz przyjechała laweta po to auto.

Auto to skarbonka bez dna, zgadzam się z tym twierdzeniem. Ile razy ten golf był w naprawie w tym roku? Pięć? Może więcej. A mimo to znowu się zepsuł. Nie mam pojęcia czemu. Czy ojciec aż tak mocno go zaniedbał? Ale wiem co by powiedział. I do mnie i do brata - "Dać wam samochód... od razu popsujecie". To auto było wielce awaryjne.

Wczoraj był w pewnym sensie sądny dzień. Ostatni przejazd Golfem. Chciałem, żeby on tam dojechał na własnych siłach. Ale nie udało się. Skrzynia biegów umarła po drodze. Przejechałem może kilometr. A pozostałych dwadzieścia byłem holowany. Jedna z najdłuższych podróży jakie przeżyłem. Cisza, głucho, leśna jezdnia. W połowie drogi musiałem włączyć muzykę, choć akumulator wcale się nie ładował, to nie wytrzymałem tej ciszy. Po drodze widziałem jak ktoś, również golfem, nie wyrobił na zakręcie i spadł w rów, który był na dobre cztery metry w dół. Trochę żal mi się zrobiło kierowcy. Nigdy nie chciałbym przeżyć czegoś takiego, ale kierowca do tego doprowadził i jestem niemal pewny, że przez prędkość. Wszyscy na tym odcinku jeżdżą co najmniej dwa razy szybciej, niż nakazuje znak ograniczenia prędkości.

Tak więc tym sposobem auto, które miałem doprowadzić do końca - doprowadziłem. Melduję wykonanie zadania. Tylko komu? I jakiego zadania? Nieistotne. To już wszystko jest nieistotne. Czas wyrejestrować. Logout. Do widzenia, auto.



Skarpa


W nieprzyjemnym wietrze, jak skała kruszeję
Stoję i wyję, dotykam mojej twarzy, maleję
Moje serce wypełnia przenikliwy chłód
Na moich rękach pozostał tylko bród
Skrzydła, niegdyś piękne i wielkie
Obecnie połamane i zwiotczałe, miękkie
Nie wzbiję się do lotu, zgasł ten ogień
Wypaliłem się jak pustka, znikła ta czerwień
Zorza przykrywa moje niebo, piękna i nikczemna
Uwodzi mnie, pięknem przestrzeni ogromna
Stoję nad skarpą i wyję, maska już dawno spadła
Patrzę w przestrzeń, łamią mi się skrzydła
Wychylam się do przodu, chwytam się nadziei
Wiem, że dla mnie absolutnie nic się nie zmieni


piątek, 6 listopada 2015

Weny brak

Obudziłem się. Miałem nadzieję, że stworzę coś pięknego, albo chociaż konstruktywnego. Miałem ochotę coś napisać. Dokończyć opowiadanie. Dopisać kolejny rozdział. Zrobiłem kawę, włączyłem muzykę. Gdybym palił, to z pewnością bym zapalił. Usiadłem przed laptopem i już miałem zacząć. Napisałem dosłownie kilka zdań. Nic nie przychodzi do głowy. Jakby pustka. Nic. Biała ciemność. Zasłona na pomysły. Niezbyt dobre uczucie. Tak jakby chciało się coś stworzyć, ale nie można, w każdym razie nie to co się chce. Odrobina mnie chciała tworzyć coś nowego. Zacząć nowy projekt, który skończyłbym po paru zdaniach, bo potencjał w słowach byłby zupełnie inny, niż ten w głowie. Jak te inne, pozostawione, niedokończone. Jak w piosence The Billa.

Może i to są zwykłe narzekania z rana, ale czuję się rozczarowany sobą. Tak jak zazwyczaj mam ochotę coś napisać, to po prostu siadam i piszę. Rzadko mam takie blokady jak dzisiaj. Może dlatego, że jest piątek? Nie, to przecież absurdalne, data nie ma nic do tego. Chaos na biurku? Zawsze mam, to z pewnością nie to. Nieistotne.

Niemniej zaraz trzeba iść na uczelnię, kolejny ranek stracony. Też tak masz? Siadasz, chcesz coś zrobić, niekoniecznie stworzyć, po prostu masz jakiś plan i wychodzi gówno? Z pewnością. Najgorsze jest przeświadczenie utraconego czasu. Tak, to zdecydowanie marudzenie od rana. Przynajmniej tutaj, w internecie, w tej dennej studni mogę sobie anonimowo narzekać na egzystencję i brak sensu. I mi z tym całkiem dobrze.

Ponarzekał? Ponarzekał. Mogę spokojnie iść na uczelnię. 



Poranek


Patrzę w lustro, lecz odbicia nie widzę
Jak Graya płótno, obraz się zmienia
Siedzę, egzystuję, reasumuję swoją wiedzę
Swoje życie rezystuję, brak mi uwielbienia
Zamykam swoje drogi, odchodząc od zmysłów
Plączą mi się nogi, niewiedza niesie zniszczenie
Bezwiednie kroczę, brak mi nowych pomysłów
Nieskończoność skończę, jak w umyśle korzenie
Mój umysł, niby drzewo, daje piękne owoce
Wyobraźnia, piękne niebo, ułuda i iluzja
Niepiękna wieża, której nieznane mi są moce
Czysta beza, liście, białe kwiaty, konkluzja
Choć jeszcze o tym nie wiem, to znam swą enklawę
Tuż za tamtym rogiem, lustro ukazuje nie moją twarz
Piękne i straszne, choć go już nie naprawię
Czas, to co tragiczne, marny, jak ze mnie pisarz





niedziela, 1 listopada 2015

Syndrom Listopada

I nadszedł wreszcie ten miesiąc.
Listopad.
Piękny, długi jak jasna cholera i uporczywy bardziej niż pryszcze w gimnazjum.

Tej nocy, pomiędzy Halloween, którego nie lubię, a dniem zmarłych czuję się zawsze nieswojo. Tym bardziej w miejscu, do którego nie należę. Jakoś kiedyś to wszystko było naturalne. W każdym razie dla mnie. Wszystko po prostu się działo. Myślę, że każdy tak ma do pewnego roku życia. Coś się dzieje i tyle. Nie mamy nad tym kontroli, więc jest spoko. Ale przychodzi ten moment kiedy zaczynamy mieć realny wpływ na decyzje.

Jeszcze kilka dni i będzie dwa lata odkąd mieszkam tu gdzie mieszkam. Listopad. Tak. Właśnie wtedy wtopiłem się w środowisko tej średniej wielkości mieściny. Od tamtego czasu podjąłem tyle złych decyzji, że nie jestem w stanie ich zliczyć. O zgrozo, jeśli mógłbym chociaż dwie czy trzy zmienić. Nawet jedna w wielkim stopniu by wpłynęła na mnie obecnego.
Ale nie.
Czas jest wyjątkowy, bo nie można go przekupić, cofnąć czy też zmienić. Zawsze idzie do przodu, zawsze z tą samą prędkością. Co tak właściwie jest naprawdę ciekawe. Bo nigdy nie odczuwamy prędkości upływu czasu. Zawsze leci dla nas bardzo subiektywnie. Jak jestem z kimś w parku, to czas biegnie jakby był na jakimś maratonie. Za szybko. A jak jestem na wykładach z programowania, to już znacznie wolniej. O tak. Znacznie wolniej. Za wolno.

Dzień zmarłych. Tego dnia wszyscy biegną jak na złamanie karku po to, żeby w pośpiechu zapalić świeczkę na grobie kogoś, kto był bliski. Po co to właściwie? Z pewnością nie po to aby upamiętnić daną osobę. Osobiście mi to rybka czy ktoś mi zapali znicz pierwszego listopada czy pierwszego stycznia czy pierwszego nigdy. Nie odczuję tego. Wolałbym zostać jakoś zapamiętany, niż stać się stacjonarną jednostką przyjmującą świeczki i kwiaty. Chociaż przyznam, lubię kwiaty. Szczególnie wrzosy i lilie.

Mimo wszystko w wolnej chwili to niektórzy myślą o tych zmarłych. Kiedyś sporo myślałem o wujku, którego nie dane było mi poznać. Z chęcią porozmawiałbym z nim. Miałbym wiele wspólnych tematów. Im więcej się o nim dowiadywałem, tym bardziej miałem ochotę go poznać. Potem zaciekawiłem się swoim dziadkiem. Nie wiedziałem, że pisał artykuły dla gazety czy też pisał książkę. Szkoda, że nigdy jej nie wydał. Szkoda, że moja matka wywaliła rękopis. Przeczytałbym. Chciałbym poznać moją siostrę, której nie dane było żyć zbyt długo na tym świecie. A przede wszystkim chciałbym więcej czasu spędzić z ojcem, którego mi chyba najbardziej brakuje. Szkoda, że ta pierwsza dwójka umarła przez swoje nałogi, a kolejna przez błędy lekarzy. Zbyt wielu rzeczy żałuję. Czasem nie potrafię pójść dalej nie oglądając się wstecz. Zbyt często się oglądam. Jakby tam były kolory mojego życia, a przede mną tylko szarość.

Chociaż moja droga wcale się nie skończyła, ba, sądząc po datach z nagrobków, to moja droga dopiero rozkwita, a czuję się jakbym miał już dosyć. Przytłoczony wszystkim idę jak żywe ścierwo. Nie mam ochoty rozmawiać, żyć, egzystować. A mimo wszystko trzeba założyć tą lekko ironiczną maskę, która pokazuje mnie takim jakim bym chciał być. W sumie chyba nieźle mi wychodzi. Znacznie lepiej, niż kiedyś. Znacznie. Ale czy ta maska nie zabija mnie samego?



Oblicze nieokiełznanej
Śmierci, pani naszej
Ta, która cierpliwa
Czeka, nieszczęśliwa

Początkiem płaczu i żałoby
Kresem życia i urody
Śmierci, czemuś Ty piękna?
Śmierci, czemuś bezwzględna?

Zabierasz bliskich mi
A mnie każesz tu tkwić
Zsyłasz tęsknotę i smutek
Żałobny fechtunek



Dawno nie dawałem dwóch utworów. Chyba nadszedł czas. W końcu nadszedł upragniony żałobny miesiąc. Jesień, jedyny czas kiedy mogę swobodnie pisać.

Szedłem już tą drogą tyle razy
Dziś nie prowadzi tam gdzie zawsze
Jakby nieśmiertelna w braku skazy
Wybacz za porażki, wciąż marzę
Biegnę w kierunku nie do końca znanym
Długo, jak cała nieskończoność
Mam wciąż nadzieję, że się tam spotkamy
Zawsze jest wrażenie, jakby złość
Gniew i smutek przeplatają się nieraz
Chociaż wiem, jaki może mieć skutek
Chociaż płynę tą rzeką, zawsze ten sam głaz
Kryje się za nim zwątpienie i smutek
Jakby tama w strumieniu życia
Niczym zator w naszych żyłach
Hamuje nas od działania i bycia
Gdzie Ty przez ten cały czas byłaś?

poniedziałek, 26 października 2015

Utwory Zebrane

A więc nadszedł ten dzień. Dzisiaj zdałem sobie z czegoś sprawę.

Pojechałem na pocztę. Tak, samochodem. Tak, jestem leniwy. Ale potem miałem jechać do Gdyni, więc była jakaś wymówka. Odebrałem przesyłkę. Pojechałem do siostry i jej chłopaka. Porozmawialiśmy o tym jak było w Szkocji. Od tamtego czasu się z nim nie widziałem. Było trochę do przegadania, no nie? Zrobiliśmy pizzę, potem obejrzeliśmy The Walking Dead, kolejny sezon, kolejny odcinek. Cliff hanger. Jakoś mnie to nie dziwi. Serial powoli upada, to próbują jakimś sposobem utrzymać widzów. Udaje im się.


Ale nie o tym chciałem. Chodzi o przesyłkę. Z okazji dnia, który przypomina mi, że coraz bliżej mi do śmierci (urodzin) postanowiłem kupić coś, co planowałem od jakiegoś czasu. A mianowicie zbiór wierszy Rafała Wojaczka. Tak więc nawet pozwolę sobie zacytować jeden wiersz, moim zdaniem jeden z lepszych, ale to niżej. Tak przeglądałem ten tomik i uśmiechnąłem się do siebie. Tak, staję się jednym z tych, z których śmiałem się jakieś dziesięć lat temu. Uczę się coraz lepiej (może nie logarytmiczne, a raczej bardzo powoli - jakby to miało zostać przedstawione na wykresie). Czytam wiersze. Zamykam się w sobie. Jestem dla innych jak księga skryta na strychu. Każdy wie, że gdzieś tam jest, ale nikomu niepotrzebna. Tylko czasami wołam o to, żeby ktoś mnie przeczytał. Przykre? Może odrobinę, ale tak właśnie wygląda życie dorosłe. Nie prosiłem o to, ale akceptuję. Zawsze się dostosuję.


Jestem ciekaw na ile moje wiersze zdają się do czytania. Owszem, nie jestem poetą. Daleko mi do takiego Wojaczka, Roguckiego, Bursy, Leśmiana, Tuwima czy Morrisa. Staram się na tyle ile mogę, czyli niewiele.Jestem równie ciekaw ile po mnie zostanie.

Nie mam prawa stawiać mojego wiersza, obok wierszy Mistrza, więc...


Początek wiersza

Śmierć

(Kto widział od takiego słowa zaczynać wiersz
Nie lepiej od razu 
Się powiesić)


Piszę Miłość

dla ciebie piszę miłość
ja bez nazwiska
zwierzę bezsenne

piszę przerażony
sam wobec Ciebie
której na imię Być
ja mięso modlitwy
której Ty jesteś ptakiem

z warg spływa 
kropla alkoholu
w niej wszystkie słońca i gwiazdy
jedyne słońce tej pory

z warg spływa
kropla krwi
i gdzie Twój język
który by koił ból
wynikały z przegryzionego
słowa kocham


Ptak, o którym trochę wiem

Patrzy na mnie moja twarz odbita w chmurze
mgły, co wyszła mi z ciała przez szpary w powiekach.
A to jest mgła krwi i już za horyzont ścieka.

A mój wydech co także jest krwią, tylko suchą, 
jest wiatrem pionowym co jeszcze zakotwiczony
w róży płuc jest łodygą krążącego ptaka.

Lecz że ziemia się właśnie odwrotnie obraca
obracają się we mnie płuca aż przez usta
wyszarpną się spomiędzy żeber niby chustka.

Więc póki jeszcze jest niebo, moja twarz rozległa,
póki nad horyzontem krew świeci jak jutrzenka,
póty ptak zna miarę swego wywyższenia.

Lecz już, choć o tym nie wie, powoli przecieka
spod tamtego pod ciasne niebo, już pod moją 
powieką się rozpływa w ciężki jak całun obłok. 


Żyję nie widując gwiazd

żyję nie widując gwiazd
mówię nie rozumiejąc słów
czekam nie licząc dni

aż ktoś przebije ten mur  

poniedziałek, 19 października 2015

"Zastrzeliłem się październikiem w łeb"

Już wcześniej wspomniałem, że nie lubię jesieni. Dla mnie to jest niekończący się ciąg porażek i przenikliwych wahań pogody. Osobiście nie lubię nagłych zmian pogody, skutkuje to u mnie nadmiernymi bólami głowy i innymi ciekawymi zjawiskami. Głównie złym humorem i nastawieniem.


Mimo wszystko staram się znaleźć jakiś mały promyk w tym wszystkim. Próbuję znaleźć coś, w czym mogę się odnaleźć. Nie potrafię do końca zebrać się, a każde hobby jakie sobie wymyśliłem bije po moim pustym portfelu. Mimo wszystko myślenie o tym potrafi dać mi minimalne ciepło. Poczucie, że mam cel. Co w tych czasach jest niezmiernie ważne.

Ciekawi mnie fakt, że jak na wiosnę ludzie są raczej radośni i serdeczni wobec siebie, to tak na jesień są wredni i często bezczelni. Czy pora roku aż tak wpływa na nastawienie? Pewnie tak, skoro sam odczuwam przygnębienie. Nie jestem pewny czy przesilenie jest na tyle silne, żeby mieszać w każdej głowie.

Niewiedza jest lepsza od wiedzy, daje namiastkę szczęścia.



Chodź, zobacz co świat zaoferował nam
Może nieidealna prognoza nie daje zaufania
Choć w głowie się gniew panoszy, trwam
Mam już dosyć, przez całe życie klękania
Przeszłość cały czas za mną podąża
Nie potrafię powiedzieć jej dość
Czuję, jakbym całe życie szedł przez bezdroża
Kiedy próbuję zapomnie, przychodzi litość
Nieraz moje marzenia płyną w oddali
Próbuję je wyśnić, lecz nic nie przychodzi
Goniąc swoje myśli, wrażenie, że się coś wali
Nie wiem co mogę zrobić, zawsze gówno wychodzi
Chodź zobacz co świat zaoferował nam
Dlaczego nie potrafię nic w życiu docenić?
Choć w głowie pustka sieje się, trwam
Czy potrafię się w jakikolwiek sposób odmienić?
Lustro wspomnień leży tuż przede mną
Wzrok odwracam, choć to nie daje nic
Zawsze idę za tą durną myślą, ułomną
Mam ochotę niezmierną się w to lustro wbić
Choć pragnę bardziej niż kiedykolwiek
Cofnąć się, przeżyć życie jeszcze raz
Nie mogę zapanować nad sobą jakkolwiek
Duchom przeszłości powiedzieć "już czas"
Życie to taniec, który jest tylko raz
Trzeba zawsze łapać każdą chwilę
Nikt nigdy więcej nie zaprosi tu nas
Muszę oprzeć się tej śmierciodajnej sile

środa, 14 października 2015

Loveless

Nie wiem jak zebrać dzisiaj myśli, więc tylko dam poemat, który idzie za mną od kilku lat. Oczywiście nie mój. Nie będę się roztkliwiać nad moimi przemyśleniami dotyczących tego... było ich zdecydowanie za dużo.


POEM
:

Prologue:

When the war of the beasts brings about the world's end
The goddess descends from the sky
Wings of light and dark spread afar
She guides us to bliss, her gift everlasting


Act I

Infinite in mystery is the gift of the goddess
We seek it thus, and take to the sky
Ripples form on the water's surface
The wandering soul knows no rest.


Act II

There is no hate, only joy
For you are beloved by the goddess
Hero of the dawn, Healer of worlds
Dreams of the morrow hath the shattered soul
Pride is lost
Wings stripped away, the end is nigh


Act III

My friend, do you fly away now?
To a world that abhors you and I?
All that awaits you is a somber morrow
No matter where the winds may blow
My friend, your desire
Is the bringer of life, the gift of the goddess
Even if the morrow is barren of promises
Nothing shall forestall my return

Act IV

My friend, the fates are cruel
There are no dreams, no honor remains
The arrow has left the bow of the goddess
My soul, corrupted by vengeance
Hath endured torment, to find the end of the journey
In my own salvation
And your eternal slumber
Legend shall speak
Of sacrifice at world's end
The wind sails over the water's surface
Quietly, but surely


Act V

Even if the morrow is barren of promises
Nothing shall forestall my return
To become the dew that quenches the land
To spare the sands, the seas, the skies
I offer thee this silent sacrifice

________________________________________

­
INTERPRETATION:

Prologue:

When the war of the beasts brings about the world's end
The goddess descends from the sky
Wings of light and dark spread afar
She guides us to bliss, her gift everlasting


Act I:

The infinite mystery
The gift of the goddess is what the three men seek
We are disquieted by our actions
But their fates are scattered by war

One becomes a hero, one wanders the land
And the last is taken prisoner

But the three are still bound by a solemn oath
To seek the answer, once again

Act II:

Though the prisoner escapes, he is gravely wounded
His life is saved, however
By a woman of the opposing nation

He begins a life of seclusion with her
Which seems to hold the promise of eternal bliss

But as happiness grows, so does guilt
Of not fulfilling the oath to his friends


Act III:

As the war sends the world hurtling towards destruction
The prisoner departs from his newfound love
And embarks on a new journey

He is guided by hope that the gift will bring bliss
And the oath he swore to his friends

Though no oath is shared between the lovers
In their hearts they know they will meet again

Act IV:

The prisoner meets the friend who wandered. The wanderer is dying and the world is ending. he is furious that the prisoner gave up on their quest to pursue love while he remains loveless. The wanderer knows that in order to end it one of them must die. And so he initiates a fight to the death. The prisoner is unable to kill his old friend, and allows himself to be killed.
Act V:

The prisoner's sacrifice was the gift of the goddess, and its realization saved the world. The prisoner never returned to his lover, rendering her LOVELESS, the namesake of the poem. She was not alone however for her lover died and saved the world, and she would have him as long as she lived in the world. And so the prisoner's sacrifice saved the world and his love. 

Pochodzi z Crisis Core: Final Fantasy VII. 

poniedziałek, 12 października 2015

Cel?

Już środek świeżego miesiąca. Początek jesieni, przygotowanie do zimy, chłód za oknem, złote liście, grubsze ubrania.

Zawsze jesień, a następnie zima, kojarzyły mi się z brakiem natury. Wtedy zostają tylko zimozielone roślinki, a reszta hibernuje się, ucieka od chłodu i zostaje, jakby martwa, szara, bezbarwna. Za każdym razem jak wychodziłem, to tylko szare blokowiska, bądź o wyblakłych kolorach, no i oczywiście trochę technologii, szybko mknące auta, które uciekają z rozdrażnionymi kierowcami. Ciekawe, zawsze jesień i zima kojarzą mi się ze stresem, nieodgadnionym napięciem. Pewnie kilku psychologów miałoby swoje osobiste teorie, ale nie miałbym pewnie ochoty ich słuchać. Cokolwiek by nie wymyślili, niewiele by mi to pomogło.

Noce coraz dłuższe, a dni coraz ciemniejsze. Kiedyś uważałem to za naprawdę przyjemny czas. Zima. Pierwszy śnieg. Aż mi się przypomniało, kiedy ja, taki mały srul, który stoi przy oknie z uśmiechem od ucha do ucha i patrzy na to jak mieni się śnieg w blasku pomarańczowego światła latarni. Przyznam, bardzo podobał mi się ten widok. Do dziś mi się podoba. Tak samo kiedy idę przez szpalery drzew i powoli prószy śnieg. Przyjemne uczucie. A teraz człowiek ma znacznie mniej czasu, żeby zastanowić się nad takimi prostymi rzeczami. Interesują go mało ciekawe sprawy. Wiem po sobie, po jaką cholerę miałbym się interesować prawem, polityką czy też gospodarką jakbym był nagle pozbawiony rozterek i przeszłości? Nie znajdę odpowiedzi na to pytanie.

Kiedyś miałem konieczność szukania pytań, zamiast odpowiedzi. Z początku bardzo spodobała mi się ta zależność, ale co nie znaczy, że to była dobra droga. Po jakimś czasie nie miałem ochoty sprawdzać co się kryje za którymś rogiem, nie chciałem znać pytania, a co dopiero odpowiedzi na nie. Chociaż przyznam, że ten nawyk został mi do dziś, myślę, że każdy w mniejszym czy większym stopniu najpierw szuka pytań, a później odpowiedzi. Najprostsze filozoficzne pytanie, na które przyjdzie mi całe życie, żeby odpowiedzieć: Czym jestem?

Zacząłem zastanawiać się po jaką cholerę robię ten blog. Wiem z jakim zamysłem go zacząłem, ale ten plan już dawno upadł i nie wyszedł. To był rodzaj terapii, około dwa lata temu, kiedy potrzebowałem wsparcia, prawdopodobniej, najbardziej to moja psycholog doradziła mi stworzenie czegoś takiego. Blog. Pamiętnik. Myślodsiewnia. Miejsce, w którym mógłbym wysłać najdziwniejsze myśli, tak, żeby nie dławiły mnie wewnątrz. Przyznam, że na początku chciałem dzielić się wszystkim co miałem w głowie, chociaż moje podejście było dość negatywne, to i tak rozpocząłem moją wędrówkę. Depresyjne myśli, bo tylko takie mi towarzyszyły, przemyślenie głębokie niczym kubek kefiru i próba starcia sam na sam z poezją, która właściwie wciąż trwa. Szczerze przyznam, że to daje naprawdę dużo radości. Chociaż to nie jest odpowiednie słowo, prędzej satysfakcji. Dzielenie się swoimi przemyśleniami za pośrednictwem tkania słów na wzór artystów, którzy prowadzili mnie przez jakąś część swojego życia. Chociaż większość tych utworów nadaje się jako podpałka do grilla.

Tak więc moja terapia trwała dobrych kilka miesięcy. W sumie, całość trwała ponad trzy lata, to dopiero ostatnie miesiące to były najgłębszą parabolą, która mnie czekała. Głównie dlatego, że sam się nakręciłem na to wszystko. Od tamtego czasu wiem, że to człowiek ma kontrolę nad tym co myśli, nad tym jak wszystko przebiegnie, ma możliwość zapobiegnięcia wielu nieprzyjemnych myśli, tylko nie zawsze ma siłę. To jest najsmutniejsza, no i zresztą najprostsza prawda, którą dane było mi poznać. Ale tutaj pojawia się pytanie, czy chcę pozbawić siebie empatii? Ukryć się za maską, która będzie mnie chronić przed dobrem i złem? Odpłynąć na bezpieczny brzeg, z którego powrót będzie dostatecznie ciężki, że nie będę chciał spróbować? Nie jestem pewny. Dlatego byłem i nadal pozostaję dość emocjonalnym człowiekiem. Nie mam siły, żeby zapanować nad sobą, bo nie chcę tej siły.

Dzisiaj nie będzie namiastki poezji. Zresztą nie wiem dlaczego zazwyczaj dodaję swoje wypociny, nie widzę w tym celu, ale mimo wszystko to robię. Tak jak robili to inni przede mną. Może da jakiś cel?


I tak naprawdę, jaki jest cel tego wszystkiego?

poniedziałek, 5 października 2015

Nieistotne

Dzisiaj niemal cały dzień spędziłem jeżdżąc po Polsce. Tak wyglądał ostatni dzień moich wakacji, które były niesamowicie długie, szczerze mówiąc to drugie wakacje pomaturalne. Nigdy więcej nie zamierzam powtórzyć czegoś takiego. Przede wszystkim za dużo wolnego czasu i człowiek się strasznie rozleniwił, nawet jeżeli znalazł pracę na dwa i pół miesiąca. Nawet jeżeli to była praca, gdzie robiło się ponad 70 godzin tygodniowo. Mimo wszystko się rozleniwiłem.

Ale wracając do wątku, dzisiaj miałem przed sobą nietypowe zadanie. Miałem być przez połowę drogi pasażerem, żeby wrócić autem do domu. Tak się kończy kupowanie auta gdzieś w środku Polski. Około czternastej rozpocząłem swoją ponad czterysta kilometrową przejażdżkę. Nie była to pierwsza taka długa jazda w moim życiu. Ba, nawet w przeciągu miesiąca. Zaledwie dwa tygodnie temu wracałem zza Warszawy w ledwo poznanym aucie. Dzisiaj zresztą tak samo. Tak wygląda bierność i atut posiadania prawa jazdy. Dobrze, że chociaż kocham jeździć. Niemniej to potrafi zmęczyć.

No i przede wszystkim pojawia się mętlik myśli, które towarzyszą w podróży. To niesamowite jak bardzo jestem zależny od muzyki. Humor może się niewiarygodnie zmienić pod wpływem różnych piosenek. Tak jak na początku mojej pięknej playlisty leciał stary rock, to przyznam, że jazda była przyjemna, lekka i dobrze się zapowiadała. Pomimo problemów z adaptacją do nowego, dla mnie, auta i ciężkiej kierownicy. Potem przyszedł czas na grunge, który osobiście wielbię i depresyjny rock. Wtedy nic nie pomoże. Nastrój upadł, a moja radość uleciała, nie mam pojęcia dokąd. Może przesadą byłoby pisać, że zapoczątkowały się odruchy czy myśli suicydalne, bo wiem, że mam zawsze kontrolę nad tym co robię. Nie zamierzam tracić panowania nad sobą, bo to może być przetragiczne w skutkach. Jednak trzeźwość jest przywilejem i zacząłem ją doceniać względnie niedawno. Ciekawe, że odkrycie takich elementarnych rzeczy musiała zapoczątkować nieodwracalna rzecz. Utrata najważniejszego orędownika w moim życiu.
 Drogi "K", zanim odjedziesz tam, gdzie nie będę szukał cię.
Powiedz jak po krętych drogach poruszać się?

Wielki K odjechał, chociaż wcale nie był K, ale to już nieistotne, prawda?

Jakiś czas temu spytałem się pewnej osoby jak by określiła, albo co by zawarła pod sztandarem "psychodeliczna ballada". Otrzymałem nietuzinkową odpowiedź: spowiedź wariata. Zdziwiłem się tokiem myślenia, ale podchwyciłem to i próbowałem coś napisać. W ten sposób powstał tekst pod tytułem Spowiedź Sekułowskiego. Mężczyzna był bohaterem książki Lema: Szpital Przemienienia. Nawet dałem ten tekst tutaj pod postem "Człowiek Człowiekowi Człowiekiem". Nigdy go nie dokończyłem, chociaż w głębi czuję, że powinienem, czegoś tam brakuje, ale nie potrafię. Czuję blokadę, wiem, że mógłbym, bo znam przecież dalsze jego losy, a jednocześnie czy to byłaby nadal jego spowiedź jak ujmie nieco więcej, niż to z czego mógłby zdawać sobie sprawę?
Nieistotne. Zbyt wiele rzeczy jest nieistotne, a mimo wszystko nad nimi się roztkliwiamy. Najbardziej deprawują naprawdę głupie fakty. To jest smutne, a jednocześnie ciekawe. Jak bardzo człowiek może emocjonalnie zareagować na totalną pierdołę? Bardzo. Jak głęboko może człowiek się zakopać w sobie bez przyczyny? Głęboko.
Ale mimo wszystko wierzę, że tam gdzie sam siebie zaprowadziłeś, stamtąd sam musisz wrócić.


Gdzie odnajdę ten bezpieczny brzeg, który się ciągle oddala?
Ile czasu minie, nim każdy krzew myśli moich przestanie wypalać?
Niebezpieczne fale strachu zalewają mnie, wypuszczam powietrze
Zatapiając smutek, moją duszę zniewalając, wyniszczając wnętrze

Moja głowa płonie pod skutków niezliczonych wieści szczegółów
Niknie moja radość i ubytków mojej szczerości względem ogółów
Niepięknej wyroczni wobec bezwzględności i wiecznego strachu
Pomimo mojej ulotnej wytrwałości, wychodzę, grzęznę w piachu

Sen jest coraz dalej, zabiera całą wenę i wiarę i dobry wiatr
Znudziłem się każdej istocie wszechwiecznej, usechł ostatni kwiat

sobota, 3 października 2015

Calton Hill

Październik rozkwita. Drzewa zaczynają gubić swoje odzienie. Otoczenie nam niezmiernie smutnieje i poranki są coraz bardziej szare. Oczywiście tutaj jest znacznie bardziej żywo, niż w Aberdeen, mieście w północnej Szkocji, gdzie spędziłem wakacje. Tam domy były niezmiernie szare, rano mgły, częste mżawki, niemal codziennie pochmurno, a noce wręcz zimne. Tam, żeby wyjść z domu musiałem zakładać dwie bluzy i dwie podkoszulki, a wychodziłem wcześnie rano. Ja, który jest zimnolubny. Mimo wszystko nie narzekam i nie zamierzam. Widoki mnie niesamowicie zachwyciły. Poczułem, że kocham Szkocję. Czułem to już od dawna, a dopiero w te wakacje mogłem spełnić się przylatując tam.

Pierwszy lot, pierwsze zetknięcie z UK. Mimo wszystko nie zostałem pozostawiony na pastwę losu. Miałem ze sobą przyjaciół, którzy mnie wspierali, no i się troszkę zadłużyłem, żeby tam nie przepaść, ale na szczęście wyszedłem na prostą. Dałem radę przeżyć i nawet spotkać się z innym przyjacielem, Morrisem, o którym wspomniałem wcześniej. Tym razem pojechaliśmy do Edynburgu. To była wypadkowa różnicy naszych odległości.

Wcześnie rano wstałem i wyjechałem z dalekiej północy, natomiast on już w nocy wyjeżdżał z Anglii. Z początku był problem z komunikacją i odnalezieniem się, ale udało się. Przez długi czas debatowaliśmy na temat naszych osiągnięć i porażek, ale w sumie nie o tym powinienem pisać. Zachwycił mnie widok z Calton Hill. Cała panorama Edynburgu ukazała się przede mną. Dla takich chwil jeszcze żyję. Najlepsze było kiedy w nocy i lekkim upojeniu alkoholowym patrzyłem na ten widok i przyszła wena dając kolejny, wspólny wiersz. Później był efekt uboczny alkoholowych eskapad i na ów górze postanowiłem wspiąć się na National Monument. A potem nagle stała ziemia zniknęła, a grunt był twardy, następne dwa tygodnie nie należały do przyjemnych. Ale niczego nie żałuję. Zawsze musi być cena radości. Nawet jeżeli ta cena jest spowodowana przez głupotę.




Panorama Światłocienia

Za okowami światłości zamglone
Miasto w ciemności zagubione.
W swojej ciszy, w nieporządku.
Nic się nie liczy, oprócz wątku
Świata, który nie śpi i nie budzi.
Nawet jeśli boskość znudzi
W wyklętej samotności,
W niepojętej, śmiertelnej codzienności.
Aby dzielniej i dalej, tak krucho i bez siły,
W szepcie szaleństw snów, co się nie spełniły
W gonitwie marzeń cichej mocy,
W pieszczocie brzytwy, co skórę otoczy.
We wpisanym człowieczeństwu pokłonie
Nie odpuszczę, nie zasnę. Całe miasto płonie.
Czy zamilknę, czy zasnę,
W nierealny taniec pokieruję kroki mych stóp.
Zrzucam kaganiec i przekraczam cień wrót.
Oddaję się ciszy, oddaję bez wyjątku.
Nic się nie liczy, oprócz wątku.
Umieram przebudzony w roli bluźniercy.
Tej nocy połączeni Bogowie, niewielcy.
Tej nocy zaklęci Bogowie w ciemności.
Jesteśmy przeklęci w naszej boskości.
Nie zbawi nic, prócz siły i mocy.
My słabi oddajemy się Nocy.
W ciemności splątane owoce
Tej nocy uwielbiane, gdy w tym tańcu jak larwa szamocę,
Ja wiję się brudny w skazie doskonałości.
Żywot Boga nader trudny, jednak bez litości
Tyś ma zguba, Tyś jedyna.
Zawsze druga. Czterolistna koniczyna.
Nie istniejesz i nie żyjesz.
Nawet, gdy się śmiejesz i triumfujesz
Jestem Panem mirażu Twojej woli.
Tej nocy wszystko się pierdoli.

czwartek, 1 października 2015

Człowiek człowiekowi człowiekiem

Często zastanawiałem się czemu ludzie lubią używać innych, a kochać urządzenia. Takie zachowanie zauważyłem już w podstawówce, kiedy pojawiały się telefony i kto nie miał to, o zgrozo, jesteś nic nie wart. Masz przestarzały telefon, jesteś biedak. Smutne ocenianie na podstawie finansów. Chociaż i tak muszę przyznać, że teraz granice między wszystkim się już zacierają. Społeczeństwo nie jest tak podzielone jak kilkadziesiąt lat temu. Wszyscy robią się coraz bogatsi, wszystko jest bardziej dostępne. Przede wszystkim to kim będziesz, nie mniej, nie więcej - zależy tylko i wyłącznie od ciebie.

Teraz masz do wyboru wszystko. Co wybierzesz? Coś łatwego najpewniej. Bo po co się trudzić? Owszem, nie każdy tak postępuje, ale znam wystarczająco wiele osób, którzy właśnie tak robią, mimo tego, że są świadomi jak niedaleko są od dobrej przyszłości. To jest dopiero przykrość.

Tak, dzisiaj pierwszy października, w wielu uczelniach dzień inauguracji. Początek nowego roku akademickiego. Jeszcze tylko kilka lat i studenci pierwszego roku będą mieć dyplomy, licencjat z niepotrzebnych nauk humanistyczno-socjalistycznych, będzie kolejny magister psychologii, jeszcze jeden, który ukończył zarządzanie. Będzie kolejny młody inżynier bez doświadczenia i pozna trud szukania pracy. Każdy z nich pozna ten sam trud. Ale uważam, że każdy z nich reprezentuje sobą wolę walki i chęć ukończenia czegoś więcej. Owszem, niektórzy pewnie przeszli studia tylko na ściągach, ale wątpię, żeby potem pracowali w zawodzie. No ale cóż, zostawmy ich już.


Ciekawe ile z człowieka w nas zostało, ciągle próbujemy się piąć gdzieś, używamy innych, żeby samemu być na wyższej pozycji. Co niektórzy dowalają innym, bo mogą. Jedyna wymówka to dlatego, że mogą. Czy to jest normalne? Odpowiem, że tak było od zawsze. Ludzie uwielbiają czuć władzę. Moim zdaniem to jest chore... ale co to znaczy, że coś jest chore? Nie akceptowane przez otoczenie, ale czy tak naprawdę w takim razie jest chore? Takie pojęcia się wraz ze zmianą czasów zmieniają. Kiedyś trzynastolatka była dorosłą kobietą gotową do reprodukcji, a teraz to jest chore. Nie do pomyślenia. Czasy się zmieniły, chociaż nie we wszystkich kręgach kulturowych. Dlatego potrafimy patrzeć na innych, ludzi z zachodu, jak na dziwaków, chorych ludzi, terrorystów. Bo tak wszyscy mówią. Ale osobiście uważam, że nie każdy jest taki. To też są osoby, mają swoje rodziny, kulturę i marzenia. Co nie znaczy, że popieram wysadzania się w imię religii. Co to to nie. Fanatyzmu w życiu bym nie poparł. Ale patrzenie na jednostki i mówiąc, że taki jest ogół jest niepoprawny. To tak jakby powiedzieć, że wszyscy Europejczycy są fanatycznymi katolikami gotów zabijać wszystkich pogan i niewiernych ludzi. Nawet za czasów wypraw krzyżowych tak nie było, to co dopiero teraz, kiedy jesteśmy w czasach cywilizowanych i przyjaznych człowiekowi, prawda?



Teorie naukowe to psychiczna guma do żucia
Nic nie jest stałe, nie warte nawet współczucia
Umiałem kontemplować nienawiść, jak Budda nicość.
Lecz nie umiałem pozostać sobą, błagałem o litość.

Siedzę teraz w kitlu lekarskim i czekam na zamach,
Czuję śmierć i strach, ta woń się czai po pokojach.
Słyszę płacz i krzyk, na zewnątrz i wewnątrz mnie,
Nie liczę już nawet na to, że to kiedykolwiek minie.

Poeta to taki, co umie w ładny sposób być nieszczęśliwy,
A ja siedzę w kitlu lekarskim i czekam, żałośliwy.
W życiu wiele przyjaźni poświęciłem, nieszlachetnie
Nic nie ma znaczenia, wszystko przepadło, bezpowrotnie.

wtorek, 29 września 2015

Pierwsze wyjście z mroku

Tak... kolejny tytuł zahaczający o twórczość Comy, która dzielnie towarzyszyła mi przez ostatnie kilka... lat? Boże, człowiek coraz starszy się robi, a nawet tego nie zauważa. Ile to się zmieniło od czasu, kiedy byłem zagubionym dzieciakiem i nie wiedziałem co robić w obliczu trudności jakie życie szykowało dla mnie? Wystarczająco dużo, żeby dowiedzieć się niektórych odpowiedzi.

Teraz muszę przyznać, że życie to jedna wielka sinusoida nastrojów. Raz są górki, raz dołki. Każdy człowiek tak ma. Najgorzej jak ich amplituda zaczyna drastycznie wzrastać, a okresy między górkami i dołkami zaczynają (w zależności) albo wydłużać się lub skracać do minimum. I tak źle i tak niedobrze.

Niedługo skończę dwadzieścia jeden lat. Zrobiłem się dorosły. Mieszkam sam i odbijam się od czterech kątów. To studia, to praca. Życie. Jak wielu innych ludzi. Czy mi z tym dobrze? Nie jestem do końca przekonany. Czuję, że czegoś mi tu brakuje, jakby niewidzialna siła kazała mi odbijać się od wszystkiego na czym mi zależy. Teraz wiele z tych rzeczy, tudzież ludzi, odeszło.
Ciekawe, bo powinienem czuć siłę, jestem zdrowym, dorosłym mężczyzną, prawda? To czemu siedzę  w pokoju i narzekam na świat? Czy tak wygląda dorosłość? Nie o taką dorosłość walczyłem.


Choć niegdyś niebo mówiło mi gdzie mam iść
Niemal każde drzewo miało cudowny, unikalny liść
Czasem zwierze przechodziło przez drogę
A ja tylko się mierzę ze sobą ze wzrokiem w podłogę

Wręcz nieziemsko zagubiony, bez celu i nadziei
Wewnątrz niezaspokojony, nic się wręcz nie klei
Brak mi brawury, żeby ten stan całkowicie zmienić
Potrzebuję obłudy, aby wyjść z tej chorej bieli

Dlaczego myślę, że to wszystko jest nieprawdziwe?
Chociaż w mym umyśle zjadam te jabłko urodziwe
Czy to nie jest cały sens, jaki dane mi zaznać?
Spokój w głowie, jakby trans, czy muszę to oddać?

Więc co jest ze mną nie tak? Spokój zasila mój niepokój?
Czuję jakbym grał nie w takt, jakbym wszedł w wewnętrzny bój.
Wyszedłem z mojego rytmu, jakbym nigdy już nie miał wrócić
Jakby mi brakowało algorytmu, muszę to wszystko rzucić.

Kolejny dzień

Kolejny dzień.

Wstaje, nie pyta się o to czy jest odpowiednia pora. Wpada bez pytania. Rozpoczyna się i nakazuje do działania. Bo przecież każdy ma swoje obowiązki, każdy musi coś robić… chodzić do szkoły, pracy, sprzątać, gotować, naprawiać.

Do tego pogodny dzień nakazuje być uśmiechniętym, prawda? Uśmiechnij się, jest przecież pogoda. Ile razy to słyszałeś?

Szczerze mówiąc wolę jak jest pochmurnie, mgliście i są przelotne mżawki, wtedy nie muszę zakładać maski ze sztucznym uśmiechem i mogę być swobodnie ponury. Mimo, że mi się często nie chce iść. Przecież wygodniej jest poleżeć, prawda? Posłuchać muzyki, poczytać książki, nic nie robić, to i tak życie nakazuje coś robić i wracamy do punktu wyjścia. Kolejny dzień się rozpoczął.
A co jeśli utraciło się sens? Co jeśli ktoś nie ma nic do roboty? Owszem, chwila wytchnienia jest bardzo pożądana, ale ta chwila kiedyś musi się skończyć, żeby człowiek nie oszalał. Takie jest moje stanowisko. Niemniej kiedy brakuje sensu w sensie, człowiek gubi się w swoich czterech kątach i nawet wygodne ułożenie się na łóżku nie pomaga. Muzyka już tak nie cieszy. Książki nie zachęcają swoimi kolorowymi treściami.


Dzień dobry. Nastał kolejny dzień.



Pomiędzy mną, a dniem rośnie niezrozumienie
Potyczka z cierniem, stracone odkupienie
Niepiękna natura, która świat spowija
Całkowita struktura, niszczeje, rozwija
Wewnątrz piękny głos, niestrudzony i cichy
Niczym źdźbła kłos, pełen nędznej skruchy
Pomimo porażek i snów, potykam się o swój grób
Mijam myśli i gry słów, na zewnątrz jakby trup
Niepiękna natura, która świat spowija
Wieloletnia aura, każde myśli upija
Czy się odnajdzie nieistotny sens?
W wewnętrznym rozpadzie, jak życia kęs
Nie istnieje już wcale piękny, istotny sen
Marzenie nie zniknie, gdy zapada REM
Nocą, piękną, spokojną, gdy gwiazdy lśnią
Wyznaczam swą cechą, kiedy mi zabronią.