A więc nadszedł ten dzień. Dzisiaj zdałem sobie z czegoś sprawę.
Pojechałem na pocztę. Tak, samochodem. Tak, jestem leniwy. Ale potem miałem jechać do Gdyni, więc była jakaś wymówka. Odebrałem przesyłkę. Pojechałem do siostry i jej chłopaka. Porozmawialiśmy o tym jak było w Szkocji. Od tamtego czasu się z nim nie widziałem. Było trochę do przegadania, no nie? Zrobiliśmy pizzę, potem obejrzeliśmy The Walking Dead, kolejny sezon, kolejny odcinek. Cliff hanger. Jakoś mnie to nie dziwi. Serial powoli upada, to próbują jakimś sposobem utrzymać widzów. Udaje im się.
Ale nie o tym chciałem. Chodzi o przesyłkę. Z okazji dnia, który przypomina mi, że coraz bliżej mi do śmierci (urodzin) postanowiłem kupić coś, co planowałem od jakiegoś czasu. A mianowicie zbiór wierszy Rafała Wojaczka. Tak więc nawet pozwolę sobie zacytować jeden wiersz, moim zdaniem jeden z lepszych, ale to niżej. Tak przeglądałem ten tomik i uśmiechnąłem się do siebie. Tak, staję się jednym z tych, z których śmiałem się jakieś dziesięć lat temu. Uczę się coraz lepiej (może nie logarytmiczne, a raczej bardzo powoli - jakby to miało zostać przedstawione na wykresie). Czytam wiersze. Zamykam się w sobie. Jestem dla innych jak księga skryta na strychu. Każdy wie, że gdzieś tam jest, ale nikomu niepotrzebna. Tylko czasami wołam o to, żeby ktoś mnie przeczytał. Przykre? Może odrobinę, ale tak właśnie wygląda życie dorosłe. Nie prosiłem o to, ale akceptuję. Zawsze się dostosuję.
Jestem ciekaw na ile moje wiersze zdają się do czytania. Owszem, nie jestem poetą. Daleko mi do takiego Wojaczka, Roguckiego, Bursy, Leśmiana, Tuwima czy Morrisa. Staram się na tyle ile mogę, czyli niewiele.Jestem równie ciekaw ile po mnie zostanie.
Nie mam prawa stawiać mojego wiersza, obok wierszy Mistrza, więc...
Początek wiersza
Śmierć
(Kto widział od takiego słowa zaczynać wiersz
Nie lepiej od razu
Się powiesić)
Piszę Miłość
dla ciebie piszę miłość
ja bez nazwiska
zwierzę bezsenne
piszę przerażony
sam wobec Ciebie
której na imię Być
ja mięso modlitwy
której Ty jesteś ptakiem
z warg spływa
kropla alkoholu
w niej wszystkie słońca i gwiazdy
jedyne słońce tej pory
z warg spływa
kropla krwi
i gdzie Twój język
który by koił ból
wynikały z przegryzionego
słowa kocham
Ptak, o którym trochę wiem
Patrzy na mnie moja twarz odbita w chmurze
mgły, co wyszła mi z ciała przez szpary w powiekach.
A to jest mgła krwi i już za horyzont ścieka.
A mój wydech co także jest krwią, tylko suchą,
jest wiatrem pionowym co jeszcze zakotwiczony
w róży płuc jest łodygą krążącego ptaka.
Lecz że ziemia się właśnie odwrotnie obraca
obracają się we mnie płuca aż przez usta
wyszarpną się spomiędzy żeber niby chustka.
Więc póki jeszcze jest niebo, moja twarz rozległa,
póki nad horyzontem krew świeci jak jutrzenka,
póty ptak zna miarę swego wywyższenia.
Lecz już, choć o tym nie wie, powoli przecieka
spod tamtego pod ciasne niebo, już pod moją
powieką się rozpływa w ciężki jak całun obłok.
Żyję nie widując gwiazd
żyję nie widując gwiazd
mówię nie rozumiejąc słów
czekam nie licząc dni
aż ktoś przebije ten mur
poniedziałek, 26 października 2015
poniedziałek, 19 października 2015
"Zastrzeliłem się październikiem w łeb"
Już wcześniej wspomniałem, że nie lubię jesieni. Dla mnie to jest niekończący się ciąg porażek i przenikliwych wahań pogody. Osobiście nie lubię nagłych zmian pogody, skutkuje to u mnie nadmiernymi bólami głowy i innymi ciekawymi zjawiskami. Głównie złym humorem i nastawieniem.
Mimo wszystko staram się znaleźć jakiś mały promyk w tym wszystkim. Próbuję znaleźć coś, w czym mogę się odnaleźć. Nie potrafię do końca zebrać się, a każde hobby jakie sobie wymyśliłem bije po moim pustym portfelu. Mimo wszystko myślenie o tym potrafi dać mi minimalne ciepło. Poczucie, że mam cel. Co w tych czasach jest niezmiernie ważne.
Ciekawi mnie fakt, że jak na wiosnę ludzie są raczej radośni i serdeczni wobec siebie, to tak na jesień są wredni i często bezczelni. Czy pora roku aż tak wpływa na nastawienie? Pewnie tak, skoro sam odczuwam przygnębienie. Nie jestem pewny czy przesilenie jest na tyle silne, żeby mieszać w każdej głowie.
Niewiedza jest lepsza od wiedzy, daje namiastkę szczęścia.
Chodź, zobacz co świat zaoferował nam
Może nieidealna prognoza nie daje zaufania
Choć w głowie się gniew panoszy, trwam
Mam już dosyć, przez całe życie klękania
Przeszłość cały czas za mną podąża
Nie potrafię powiedzieć jej dość
Czuję, jakbym całe życie szedł przez bezdroża
Kiedy próbuję zapomnie, przychodzi litość
Nieraz moje marzenia płyną w oddali
Próbuję je wyśnić, lecz nic nie przychodzi
Goniąc swoje myśli, wrażenie, że się coś wali
Nie wiem co mogę zrobić, zawsze gówno wychodzi
Chodź zobacz co świat zaoferował nam
Dlaczego nie potrafię nic w życiu docenić?
Choć w głowie pustka sieje się, trwam
Czy potrafię się w jakikolwiek sposób odmienić?
Lustro wspomnień leży tuż przede mną
Wzrok odwracam, choć to nie daje nic
Zawsze idę za tą durną myślą, ułomną
Mam ochotę niezmierną się w to lustro wbić
Choć pragnę bardziej niż kiedykolwiek
Cofnąć się, przeżyć życie jeszcze raz
Nie mogę zapanować nad sobą jakkolwiek
Duchom przeszłości powiedzieć "już czas"
Życie to taniec, który jest tylko raz
Trzeba zawsze łapać każdą chwilę
Nikt nigdy więcej nie zaprosi tu nas
Muszę oprzeć się tej śmierciodajnej sile
Mimo wszystko staram się znaleźć jakiś mały promyk w tym wszystkim. Próbuję znaleźć coś, w czym mogę się odnaleźć. Nie potrafię do końca zebrać się, a każde hobby jakie sobie wymyśliłem bije po moim pustym portfelu. Mimo wszystko myślenie o tym potrafi dać mi minimalne ciepło. Poczucie, że mam cel. Co w tych czasach jest niezmiernie ważne.
Ciekawi mnie fakt, że jak na wiosnę ludzie są raczej radośni i serdeczni wobec siebie, to tak na jesień są wredni i często bezczelni. Czy pora roku aż tak wpływa na nastawienie? Pewnie tak, skoro sam odczuwam przygnębienie. Nie jestem pewny czy przesilenie jest na tyle silne, żeby mieszać w każdej głowie.
Niewiedza jest lepsza od wiedzy, daje namiastkę szczęścia.
Chodź, zobacz co świat zaoferował nam
Może nieidealna prognoza nie daje zaufania
Choć w głowie się gniew panoszy, trwam
Mam już dosyć, przez całe życie klękania
Przeszłość cały czas za mną podąża
Nie potrafię powiedzieć jej dość
Czuję, jakbym całe życie szedł przez bezdroża
Kiedy próbuję zapomnie, przychodzi litość
Nieraz moje marzenia płyną w oddali
Próbuję je wyśnić, lecz nic nie przychodzi
Goniąc swoje myśli, wrażenie, że się coś wali
Nie wiem co mogę zrobić, zawsze gówno wychodzi
Chodź zobacz co świat zaoferował nam
Dlaczego nie potrafię nic w życiu docenić?
Choć w głowie pustka sieje się, trwam
Czy potrafię się w jakikolwiek sposób odmienić?
Lustro wspomnień leży tuż przede mną
Wzrok odwracam, choć to nie daje nic
Zawsze idę za tą durną myślą, ułomną
Mam ochotę niezmierną się w to lustro wbić
Choć pragnę bardziej niż kiedykolwiek
Cofnąć się, przeżyć życie jeszcze raz
Nie mogę zapanować nad sobą jakkolwiek
Duchom przeszłości powiedzieć "już czas"
Życie to taniec, który jest tylko raz
Trzeba zawsze łapać każdą chwilę
Nikt nigdy więcej nie zaprosi tu nas
Muszę oprzeć się tej śmierciodajnej sile
środa, 14 października 2015
Loveless
Nie wiem jak zebrać dzisiaj myśli, więc tylko dam poemat, który idzie za mną od kilku lat. Oczywiście nie mój. Nie będę się roztkliwiać nad moimi przemyśleniami dotyczących tego... było ich zdecydowanie za dużo.
POEM:
Prologue:
When the war of the beasts brings about the world's end
The goddess descends from the sky
Wings of light and dark spread afar
She guides us to bliss, her gift everlasting
Act I
Infinite in mystery is the gift of the goddess
We seek it thus, and take to the sky
Ripples form on the water's surface
The wandering soul knows no rest.
Act II
There is no hate, only joy
For you are beloved by the goddess
Hero of the dawn, Healer of worlds
Dreams of the morrow hath the shattered soul
Pride is lost
Wings stripped away, the end is nigh
Act III
My friend, do you fly away now?
To a world that abhors you and I?
All that awaits you is a somber morrow
No matter where the winds may blow
My friend, your desire
Is the bringer of life, the gift of the goddess
Even if the morrow is barren of promises
Nothing shall forestall my return
Act IV
My friend, the fates are cruel
There are no dreams, no honor remains
The arrow has left the bow of the goddess
My soul, corrupted by vengeance
Hath endured torment, to find the end of the journey
In my own salvation
And your eternal slumber
Legend shall speak
Of sacrifice at world's end
The wind sails over the water's surface
Quietly, but surely
Act V
Even if the morrow is barren of promises
Nothing shall forestall my return
To become the dew that quenches the land
To spare the sands, the seas, the skies
I offer thee this silent sacrifice
________________________________________
INTERPRETATION:
Prologue:
When the war of the beasts brings about the world's end
The goddess descends from the sky
Wings of light and dark spread afar
She guides us to bliss, her gift everlasting
Act I:
The infinite mystery
The gift of the goddess is what the three men seek
We are disquieted by our actions
But their fates are scattered by war
One becomes a hero, one wanders the land
And the last is taken prisoner
But the three are still bound by a solemn oath
To seek the answer, once again
Act II:
Though the prisoner escapes, he is gravely wounded
His life is saved, however
By a woman of the opposing nation
He begins a life of seclusion with her
Which seems to hold the promise of eternal bliss
But as happiness grows, so does guilt
Of not fulfilling the oath to his friends
Act III:
As the war sends the world hurtling towards destruction
The prisoner departs from his newfound love
And embarks on a new journey
He is guided by hope that the gift will bring bliss
And the oath he swore to his friends
Though no oath is shared between the lovers
In their hearts they know they will meet again
Act IV:
The prisoner meets the friend who wandered. The wanderer is dying and the world is ending. he is furious that the prisoner gave up on their quest to pursue love while he remains loveless. The wanderer knows that in order to end it one of them must die. And so he initiates a fight to the death. The prisoner is unable to kill his old friend, and allows himself to be killed.
Act V:
The prisoner's sacrifice was the gift of the goddess, and its realization saved the world. The prisoner never returned to his lover, rendering her LOVELESS, the namesake of the poem. She was not alone however for her lover died and saved the world, and she would have him as long as she lived in the world. And so the prisoner's sacrifice saved the world and his love.
POEM:
Prologue:
When the war of the beasts brings about the world's end
The goddess descends from the sky
Wings of light and dark spread afar
She guides us to bliss, her gift everlasting
Act I
Infinite in mystery is the gift of the goddess
We seek it thus, and take to the sky
Ripples form on the water's surface
The wandering soul knows no rest.
Act II
There is no hate, only joy
For you are beloved by the goddess
Hero of the dawn, Healer of worlds
Dreams of the morrow hath the shattered soul
Pride is lost
Wings stripped away, the end is nigh
Act III
My friend, do you fly away now?
To a world that abhors you and I?
All that awaits you is a somber morrow
No matter where the winds may blow
My friend, your desire
Is the bringer of life, the gift of the goddess
Even if the morrow is barren of promises
Nothing shall forestall my return
Act IV
My friend, the fates are cruel
There are no dreams, no honor remains
The arrow has left the bow of the goddess
My soul, corrupted by vengeance
Hath endured torment, to find the end of the journey
In my own salvation
And your eternal slumber
Legend shall speak
Of sacrifice at world's end
The wind sails over the water's surface
Quietly, but surely
Act V
Even if the morrow is barren of promises
Nothing shall forestall my return
To become the dew that quenches the land
To spare the sands, the seas, the skies
I offer thee this silent sacrifice
________________________________________
INTERPRETATION:
Prologue:
When the war of the beasts brings about the world's end
The goddess descends from the sky
Wings of light and dark spread afar
She guides us to bliss, her gift everlasting
Act I:
The infinite mystery
The gift of the goddess is what the three men seek
We are disquieted by our actions
But their fates are scattered by war
One becomes a hero, one wanders the land
And the last is taken prisoner
But the three are still bound by a solemn oath
To seek the answer, once again
Act II:
Though the prisoner escapes, he is gravely wounded
His life is saved, however
By a woman of the opposing nation
He begins a life of seclusion with her
Which seems to hold the promise of eternal bliss
But as happiness grows, so does guilt
Of not fulfilling the oath to his friends
Act III:
As the war sends the world hurtling towards destruction
The prisoner departs from his newfound love
And embarks on a new journey
He is guided by hope that the gift will bring bliss
And the oath he swore to his friends
Though no oath is shared between the lovers
In their hearts they know they will meet again
Act IV:
The prisoner meets the friend who wandered. The wanderer is dying and the world is ending. he is furious that the prisoner gave up on their quest to pursue love while he remains loveless. The wanderer knows that in order to end it one of them must die. And so he initiates a fight to the death. The prisoner is unable to kill his old friend, and allows himself to be killed.
Act V:
The prisoner's sacrifice was the gift of the goddess, and its realization saved the world. The prisoner never returned to his lover, rendering her LOVELESS, the namesake of the poem. She was not alone however for her lover died and saved the world, and she would have him as long as she lived in the world. And so the prisoner's sacrifice saved the world and his love.
Pochodzi z Crisis Core: Final Fantasy VII.
poniedziałek, 12 października 2015
Cel?
Już środek świeżego miesiąca. Początek jesieni, przygotowanie do zimy, chłód za oknem, złote liście, grubsze ubrania.
Zawsze jesień, a następnie zima, kojarzyły mi się z brakiem natury. Wtedy zostają tylko zimozielone roślinki, a reszta hibernuje się, ucieka od chłodu i zostaje, jakby martwa, szara, bezbarwna. Za każdym razem jak wychodziłem, to tylko szare blokowiska, bądź o wyblakłych kolorach, no i oczywiście trochę technologii, szybko mknące auta, które uciekają z rozdrażnionymi kierowcami. Ciekawe, zawsze jesień i zima kojarzą mi się ze stresem, nieodgadnionym napięciem. Pewnie kilku psychologów miałoby swoje osobiste teorie, ale nie miałbym pewnie ochoty ich słuchać. Cokolwiek by nie wymyślili, niewiele by mi to pomogło.
Noce coraz dłuższe, a dni coraz ciemniejsze. Kiedyś uważałem to za naprawdę przyjemny czas. Zima. Pierwszy śnieg. Aż mi się przypomniało, kiedy ja, taki mały srul, który stoi przy oknie z uśmiechem od ucha do ucha i patrzy na to jak mieni się śnieg w blasku pomarańczowego światła latarni. Przyznam, bardzo podobał mi się ten widok. Do dziś mi się podoba. Tak samo kiedy idę przez szpalery drzew i powoli prószy śnieg. Przyjemne uczucie. A teraz człowiek ma znacznie mniej czasu, żeby zastanowić się nad takimi prostymi rzeczami. Interesują go mało ciekawe sprawy. Wiem po sobie, po jaką cholerę miałbym się interesować prawem, polityką czy też gospodarką jakbym był nagle pozbawiony rozterek i przeszłości? Nie znajdę odpowiedzi na to pytanie.
Kiedyś miałem konieczność szukania pytań, zamiast odpowiedzi. Z początku bardzo spodobała mi się ta zależność, ale co nie znaczy, że to była dobra droga. Po jakimś czasie nie miałem ochoty sprawdzać co się kryje za którymś rogiem, nie chciałem znać pytania, a co dopiero odpowiedzi na nie. Chociaż przyznam, że ten nawyk został mi do dziś, myślę, że każdy w mniejszym czy większym stopniu najpierw szuka pytań, a później odpowiedzi. Najprostsze filozoficzne pytanie, na które przyjdzie mi całe życie, żeby odpowiedzieć: Czym jestem?
Zacząłem zastanawiać się po jaką cholerę robię ten blog. Wiem z jakim zamysłem go zacząłem, ale ten plan już dawno upadł i nie wyszedł. To był rodzaj terapii, około dwa lata temu, kiedy potrzebowałem wsparcia, prawdopodobniej, najbardziej to moja psycholog doradziła mi stworzenie czegoś takiego. Blog. Pamiętnik. Myślodsiewnia. Miejsce, w którym mógłbym wysłać najdziwniejsze myśli, tak, żeby nie dławiły mnie wewnątrz. Przyznam, że na początku chciałem dzielić się wszystkim co miałem w głowie, chociaż moje podejście było dość negatywne, to i tak rozpocząłem moją wędrówkę. Depresyjne myśli, bo tylko takie mi towarzyszyły, przemyślenie głębokie niczym kubek kefiru i próba starcia sam na sam z poezją, która właściwie wciąż trwa. Szczerze przyznam, że to daje naprawdę dużo radości. Chociaż to nie jest odpowiednie słowo, prędzej satysfakcji. Dzielenie się swoimi przemyśleniami za pośrednictwem tkania słów na wzór artystów, którzy prowadzili mnie przez jakąś część swojego życia. Chociaż większość tych utworów nadaje się jako podpałka do grilla.
Tak więc moja terapia trwała dobrych kilka miesięcy. W sumie, całość trwała ponad trzy lata, to dopiero ostatnie miesiące to były najgłębszą parabolą, która mnie czekała. Głównie dlatego, że sam się nakręciłem na to wszystko. Od tamtego czasu wiem, że to człowiek ma kontrolę nad tym co myśli, nad tym jak wszystko przebiegnie, ma możliwość zapobiegnięcia wielu nieprzyjemnych myśli, tylko nie zawsze ma siłę. To jest najsmutniejsza, no i zresztą najprostsza prawda, którą dane było mi poznać. Ale tutaj pojawia się pytanie, czy chcę pozbawić siebie empatii? Ukryć się za maską, która będzie mnie chronić przed dobrem i złem? Odpłynąć na bezpieczny brzeg, z którego powrót będzie dostatecznie ciężki, że nie będę chciał spróbować? Nie jestem pewny. Dlatego byłem i nadal pozostaję dość emocjonalnym człowiekiem. Nie mam siły, żeby zapanować nad sobą, bo nie chcę tej siły.
Dzisiaj nie będzie namiastki poezji. Zresztą nie wiem dlaczego zazwyczaj dodaję swoje wypociny, nie widzę w tym celu, ale mimo wszystko to robię. Tak jak robili to inni przede mną. Może da jakiś cel?
I tak naprawdę, jaki jest cel tego wszystkiego?
Zawsze jesień, a następnie zima, kojarzyły mi się z brakiem natury. Wtedy zostają tylko zimozielone roślinki, a reszta hibernuje się, ucieka od chłodu i zostaje, jakby martwa, szara, bezbarwna. Za każdym razem jak wychodziłem, to tylko szare blokowiska, bądź o wyblakłych kolorach, no i oczywiście trochę technologii, szybko mknące auta, które uciekają z rozdrażnionymi kierowcami. Ciekawe, zawsze jesień i zima kojarzą mi się ze stresem, nieodgadnionym napięciem. Pewnie kilku psychologów miałoby swoje osobiste teorie, ale nie miałbym pewnie ochoty ich słuchać. Cokolwiek by nie wymyślili, niewiele by mi to pomogło.
Noce coraz dłuższe, a dni coraz ciemniejsze. Kiedyś uważałem to za naprawdę przyjemny czas. Zima. Pierwszy śnieg. Aż mi się przypomniało, kiedy ja, taki mały srul, który stoi przy oknie z uśmiechem od ucha do ucha i patrzy na to jak mieni się śnieg w blasku pomarańczowego światła latarni. Przyznam, bardzo podobał mi się ten widok. Do dziś mi się podoba. Tak samo kiedy idę przez szpalery drzew i powoli prószy śnieg. Przyjemne uczucie. A teraz człowiek ma znacznie mniej czasu, żeby zastanowić się nad takimi prostymi rzeczami. Interesują go mało ciekawe sprawy. Wiem po sobie, po jaką cholerę miałbym się interesować prawem, polityką czy też gospodarką jakbym był nagle pozbawiony rozterek i przeszłości? Nie znajdę odpowiedzi na to pytanie.
Kiedyś miałem konieczność szukania pytań, zamiast odpowiedzi. Z początku bardzo spodobała mi się ta zależność, ale co nie znaczy, że to była dobra droga. Po jakimś czasie nie miałem ochoty sprawdzać co się kryje za którymś rogiem, nie chciałem znać pytania, a co dopiero odpowiedzi na nie. Chociaż przyznam, że ten nawyk został mi do dziś, myślę, że każdy w mniejszym czy większym stopniu najpierw szuka pytań, a później odpowiedzi. Najprostsze filozoficzne pytanie, na które przyjdzie mi całe życie, żeby odpowiedzieć: Czym jestem?
Zacząłem zastanawiać się po jaką cholerę robię ten blog. Wiem z jakim zamysłem go zacząłem, ale ten plan już dawno upadł i nie wyszedł. To był rodzaj terapii, około dwa lata temu, kiedy potrzebowałem wsparcia, prawdopodobniej, najbardziej to moja psycholog doradziła mi stworzenie czegoś takiego. Blog. Pamiętnik. Myślodsiewnia. Miejsce, w którym mógłbym wysłać najdziwniejsze myśli, tak, żeby nie dławiły mnie wewnątrz. Przyznam, że na początku chciałem dzielić się wszystkim co miałem w głowie, chociaż moje podejście było dość negatywne, to i tak rozpocząłem moją wędrówkę. Depresyjne myśli, bo tylko takie mi towarzyszyły, przemyślenie głębokie niczym kubek kefiru i próba starcia sam na sam z poezją, która właściwie wciąż trwa. Szczerze przyznam, że to daje naprawdę dużo radości. Chociaż to nie jest odpowiednie słowo, prędzej satysfakcji. Dzielenie się swoimi przemyśleniami za pośrednictwem tkania słów na wzór artystów, którzy prowadzili mnie przez jakąś część swojego życia. Chociaż większość tych utworów nadaje się jako podpałka do grilla.
Tak więc moja terapia trwała dobrych kilka miesięcy. W sumie, całość trwała ponad trzy lata, to dopiero ostatnie miesiące to były najgłębszą parabolą, która mnie czekała. Głównie dlatego, że sam się nakręciłem na to wszystko. Od tamtego czasu wiem, że to człowiek ma kontrolę nad tym co myśli, nad tym jak wszystko przebiegnie, ma możliwość zapobiegnięcia wielu nieprzyjemnych myśli, tylko nie zawsze ma siłę. To jest najsmutniejsza, no i zresztą najprostsza prawda, którą dane było mi poznać. Ale tutaj pojawia się pytanie, czy chcę pozbawić siebie empatii? Ukryć się za maską, która będzie mnie chronić przed dobrem i złem? Odpłynąć na bezpieczny brzeg, z którego powrót będzie dostatecznie ciężki, że nie będę chciał spróbować? Nie jestem pewny. Dlatego byłem i nadal pozostaję dość emocjonalnym człowiekiem. Nie mam siły, żeby zapanować nad sobą, bo nie chcę tej siły.
Dzisiaj nie będzie namiastki poezji. Zresztą nie wiem dlaczego zazwyczaj dodaję swoje wypociny, nie widzę w tym celu, ale mimo wszystko to robię. Tak jak robili to inni przede mną. Może da jakiś cel?
I tak naprawdę, jaki jest cel tego wszystkiego?
poniedziałek, 5 października 2015
Nieistotne
Dzisiaj niemal cały dzień spędziłem jeżdżąc po Polsce. Tak wyglądał ostatni dzień moich wakacji, które były niesamowicie długie, szczerze mówiąc to drugie wakacje pomaturalne. Nigdy więcej nie zamierzam powtórzyć czegoś takiego. Przede wszystkim za dużo wolnego czasu i człowiek się strasznie rozleniwił, nawet jeżeli znalazł pracę na dwa i pół miesiąca. Nawet jeżeli to była praca, gdzie robiło się ponad 70 godzin tygodniowo. Mimo wszystko się rozleniwiłem.
Ale wracając do wątku, dzisiaj miałem przed sobą nietypowe zadanie. Miałem być przez połowę drogi pasażerem, żeby wrócić autem do domu. Tak się kończy kupowanie auta gdzieś w środku Polski. Około czternastej rozpocząłem swoją ponad czterysta kilometrową przejażdżkę. Nie była to pierwsza taka długa jazda w moim życiu. Ba, nawet w przeciągu miesiąca. Zaledwie dwa tygodnie temu wracałem zza Warszawy w ledwo poznanym aucie. Dzisiaj zresztą tak samo. Tak wygląda bierność i atut posiadania prawa jazdy. Dobrze, że chociaż kocham jeździć. Niemniej to potrafi zmęczyć.
No i przede wszystkim pojawia się mętlik myśli, które towarzyszą w podróży. To niesamowite jak bardzo jestem zależny od muzyki. Humor może się niewiarygodnie zmienić pod wpływem różnych piosenek. Tak jak na początku mojej pięknej playlisty leciał stary rock, to przyznam, że jazda była przyjemna, lekka i dobrze się zapowiadała. Pomimo problemów z adaptacją do nowego, dla mnie, auta i ciężkiej kierownicy. Potem przyszedł czas na grunge, który osobiście wielbię i depresyjny rock. Wtedy nic nie pomoże. Nastrój upadł, a moja radość uleciała, nie mam pojęcia dokąd. Może przesadą byłoby pisać, że zapoczątkowały się odruchy czy myśli suicydalne, bo wiem, że mam zawsze kontrolę nad tym co robię. Nie zamierzam tracić panowania nad sobą, bo to może być przetragiczne w skutkach. Jednak trzeźwość jest przywilejem i zacząłem ją doceniać względnie niedawno. Ciekawe, że odkrycie takich elementarnych rzeczy musiała zapoczątkować nieodwracalna rzecz. Utrata najważniejszego orędownika w moim życiu.
Drogi "K", zanim odjedziesz tam, gdzie nie będę szukał cię.
Powiedz jak po krętych drogach poruszać się?
Wielki K odjechał, chociaż wcale nie był K, ale to już nieistotne, prawda?
Jakiś czas temu spytałem się pewnej osoby jak by określiła, albo co by zawarła pod sztandarem "psychodeliczna ballada". Otrzymałem nietuzinkową odpowiedź: spowiedź wariata. Zdziwiłem się tokiem myślenia, ale podchwyciłem to i próbowałem coś napisać. W ten sposób powstał tekst pod tytułem Spowiedź Sekułowskiego. Mężczyzna był bohaterem książki Lema: Szpital Przemienienia. Nawet dałem ten tekst tutaj pod postem "Człowiek Człowiekowi Człowiekiem". Nigdy go nie dokończyłem, chociaż w głębi czuję, że powinienem, czegoś tam brakuje, ale nie potrafię. Czuję blokadę, wiem, że mógłbym, bo znam przecież dalsze jego losy, a jednocześnie czy to byłaby nadal jego spowiedź jak ujmie nieco więcej, niż to z czego mógłby zdawać sobie sprawę?
Nieistotne. Zbyt wiele rzeczy jest nieistotne, a mimo wszystko nad nimi się roztkliwiamy. Najbardziej deprawują naprawdę głupie fakty. To jest smutne, a jednocześnie ciekawe. Jak bardzo człowiek może emocjonalnie zareagować na totalną pierdołę? Bardzo. Jak głęboko może człowiek się zakopać w sobie bez przyczyny? Głęboko.
Ale mimo wszystko wierzę, że tam gdzie sam siebie zaprowadziłeś, stamtąd sam musisz wrócić.
Gdzie odnajdę ten bezpieczny brzeg, który się ciągle oddala?
Ile czasu minie, nim każdy krzew myśli moich przestanie wypalać?
Niebezpieczne fale strachu zalewają mnie, wypuszczam powietrze
Zatapiając smutek, moją duszę zniewalając, wyniszczając wnętrze
Moja głowa płonie pod skutków niezliczonych wieści szczegółów
Niknie moja radość i ubytków mojej szczerości względem ogółów
Niepięknej wyroczni wobec bezwzględności i wiecznego strachu
Pomimo mojej ulotnej wytrwałości, wychodzę, grzęznę w piachu
Sen jest coraz dalej, zabiera całą wenę i wiarę i dobry wiatr
Znudziłem się każdej istocie wszechwiecznej, usechł ostatni kwiat
Ale wracając do wątku, dzisiaj miałem przed sobą nietypowe zadanie. Miałem być przez połowę drogi pasażerem, żeby wrócić autem do domu. Tak się kończy kupowanie auta gdzieś w środku Polski. Około czternastej rozpocząłem swoją ponad czterysta kilometrową przejażdżkę. Nie była to pierwsza taka długa jazda w moim życiu. Ba, nawet w przeciągu miesiąca. Zaledwie dwa tygodnie temu wracałem zza Warszawy w ledwo poznanym aucie. Dzisiaj zresztą tak samo. Tak wygląda bierność i atut posiadania prawa jazdy. Dobrze, że chociaż kocham jeździć. Niemniej to potrafi zmęczyć.
No i przede wszystkim pojawia się mętlik myśli, które towarzyszą w podróży. To niesamowite jak bardzo jestem zależny od muzyki. Humor może się niewiarygodnie zmienić pod wpływem różnych piosenek. Tak jak na początku mojej pięknej playlisty leciał stary rock, to przyznam, że jazda była przyjemna, lekka i dobrze się zapowiadała. Pomimo problemów z adaptacją do nowego, dla mnie, auta i ciężkiej kierownicy. Potem przyszedł czas na grunge, który osobiście wielbię i depresyjny rock. Wtedy nic nie pomoże. Nastrój upadł, a moja radość uleciała, nie mam pojęcia dokąd. Może przesadą byłoby pisać, że zapoczątkowały się odruchy czy myśli suicydalne, bo wiem, że mam zawsze kontrolę nad tym co robię. Nie zamierzam tracić panowania nad sobą, bo to może być przetragiczne w skutkach. Jednak trzeźwość jest przywilejem i zacząłem ją doceniać względnie niedawno. Ciekawe, że odkrycie takich elementarnych rzeczy musiała zapoczątkować nieodwracalna rzecz. Utrata najważniejszego orędownika w moim życiu.
Drogi "K", zanim odjedziesz tam, gdzie nie będę szukał cię.
Powiedz jak po krętych drogach poruszać się?
Wielki K odjechał, chociaż wcale nie był K, ale to już nieistotne, prawda?
Jakiś czas temu spytałem się pewnej osoby jak by określiła, albo co by zawarła pod sztandarem "psychodeliczna ballada". Otrzymałem nietuzinkową odpowiedź: spowiedź wariata. Zdziwiłem się tokiem myślenia, ale podchwyciłem to i próbowałem coś napisać. W ten sposób powstał tekst pod tytułem Spowiedź Sekułowskiego. Mężczyzna był bohaterem książki Lema: Szpital Przemienienia. Nawet dałem ten tekst tutaj pod postem "Człowiek Człowiekowi Człowiekiem". Nigdy go nie dokończyłem, chociaż w głębi czuję, że powinienem, czegoś tam brakuje, ale nie potrafię. Czuję blokadę, wiem, że mógłbym, bo znam przecież dalsze jego losy, a jednocześnie czy to byłaby nadal jego spowiedź jak ujmie nieco więcej, niż to z czego mógłby zdawać sobie sprawę?
Nieistotne. Zbyt wiele rzeczy jest nieistotne, a mimo wszystko nad nimi się roztkliwiamy. Najbardziej deprawują naprawdę głupie fakty. To jest smutne, a jednocześnie ciekawe. Jak bardzo człowiek może emocjonalnie zareagować na totalną pierdołę? Bardzo. Jak głęboko może człowiek się zakopać w sobie bez przyczyny? Głęboko.
Ale mimo wszystko wierzę, że tam gdzie sam siebie zaprowadziłeś, stamtąd sam musisz wrócić.
Gdzie odnajdę ten bezpieczny brzeg, który się ciągle oddala?
Ile czasu minie, nim każdy krzew myśli moich przestanie wypalać?
Niebezpieczne fale strachu zalewają mnie, wypuszczam powietrze
Zatapiając smutek, moją duszę zniewalając, wyniszczając wnętrze
Moja głowa płonie pod skutków niezliczonych wieści szczegółów
Niknie moja radość i ubytków mojej szczerości względem ogółów
Niepięknej wyroczni wobec bezwzględności i wiecznego strachu
Pomimo mojej ulotnej wytrwałości, wychodzę, grzęznę w piachu
Sen jest coraz dalej, zabiera całą wenę i wiarę i dobry wiatr
Znudziłem się każdej istocie wszechwiecznej, usechł ostatni kwiat
sobota, 3 października 2015
Calton Hill
Październik rozkwita. Drzewa zaczynają gubić swoje odzienie. Otoczenie nam niezmiernie smutnieje i poranki są coraz bardziej szare. Oczywiście tutaj jest znacznie bardziej żywo, niż w Aberdeen, mieście w północnej Szkocji, gdzie spędziłem wakacje. Tam domy były niezmiernie szare, rano mgły, częste mżawki, niemal codziennie pochmurno, a noce wręcz zimne. Tam, żeby wyjść z domu musiałem zakładać dwie bluzy i dwie podkoszulki, a wychodziłem wcześnie rano. Ja, który jest zimnolubny. Mimo wszystko nie narzekam i nie zamierzam. Widoki mnie niesamowicie zachwyciły. Poczułem, że kocham Szkocję. Czułem to już od dawna, a dopiero w te wakacje mogłem spełnić się przylatując tam.
Pierwszy lot, pierwsze zetknięcie z UK. Mimo wszystko nie zostałem pozostawiony na pastwę losu. Miałem ze sobą przyjaciół, którzy mnie wspierali, no i się troszkę zadłużyłem, żeby tam nie przepaść, ale na szczęście wyszedłem na prostą. Dałem radę przeżyć i nawet spotkać się z innym przyjacielem, Morrisem, o którym wspomniałem wcześniej. Tym razem pojechaliśmy do Edynburgu. To była wypadkowa różnicy naszych odległości.
Wcześnie rano wstałem i wyjechałem z dalekiej północy, natomiast on już w nocy wyjeżdżał z Anglii. Z początku był problem z komunikacją i odnalezieniem się, ale udało się. Przez długi czas debatowaliśmy na temat naszych osiągnięć i porażek, ale w sumie nie o tym powinienem pisać. Zachwycił mnie widok z Calton Hill. Cała panorama Edynburgu ukazała się przede mną. Dla takich chwil jeszcze żyję. Najlepsze było kiedy w nocy i lekkim upojeniu alkoholowym patrzyłem na ten widok i przyszła wena dając kolejny, wspólny wiersz. Później był efekt uboczny alkoholowych eskapad i na ów górze postanowiłem wspiąć się na National Monument. A potem nagle stała ziemia zniknęła, a grunt był twardy, następne dwa tygodnie nie należały do przyjemnych. Ale niczego nie żałuję. Zawsze musi być cena radości. Nawet jeżeli ta cena jest spowodowana przez głupotę.
Panorama Światłocienia
Za okowami światłości zamglone
Miasto w ciemności zagubione.
W swojej ciszy, w nieporządku.
Nic się nie liczy, oprócz wątku
Świata, który nie śpi i nie budzi.
Nawet jeśli boskość znudzi
W wyklętej samotności,
W niepojętej, śmiertelnej codzienności.
Aby dzielniej i dalej, tak krucho i bez siły,
W szepcie szaleństw snów, co się nie spełniły
W gonitwie marzeń cichej mocy,
W pieszczocie brzytwy, co skórę otoczy.
We wpisanym człowieczeństwu pokłonie
Nie odpuszczę, nie zasnę. Całe miasto płonie.
Czy zamilknę, czy zasnę,
W nierealny taniec pokieruję kroki mych stóp.
Zrzucam kaganiec i przekraczam cień wrót.
Oddaję się ciszy, oddaję bez wyjątku.
Nic się nie liczy, oprócz wątku.
Umieram przebudzony w roli bluźniercy.
Tej nocy połączeni Bogowie, niewielcy.
Tej nocy zaklęci Bogowie w ciemności.
Jesteśmy przeklęci w naszej boskości.
Nie zbawi nic, prócz siły i mocy.
My słabi oddajemy się Nocy.
W ciemności splątane owoce
Tej nocy uwielbiane, gdy w tym tańcu jak larwa szamocę,
Ja wiję się brudny w skazie doskonałości.
Żywot Boga nader trudny, jednak bez litości
Tyś ma zguba, Tyś jedyna.
Zawsze druga. Czterolistna koniczyna.
Nie istniejesz i nie żyjesz.
Nawet, gdy się śmiejesz i triumfujesz
Jestem Panem mirażu Twojej woli.
Tej nocy wszystko się pierdoli.
Pierwszy lot, pierwsze zetknięcie z UK. Mimo wszystko nie zostałem pozostawiony na pastwę losu. Miałem ze sobą przyjaciół, którzy mnie wspierali, no i się troszkę zadłużyłem, żeby tam nie przepaść, ale na szczęście wyszedłem na prostą. Dałem radę przeżyć i nawet spotkać się z innym przyjacielem, Morrisem, o którym wspomniałem wcześniej. Tym razem pojechaliśmy do Edynburgu. To była wypadkowa różnicy naszych odległości.
Wcześnie rano wstałem i wyjechałem z dalekiej północy, natomiast on już w nocy wyjeżdżał z Anglii. Z początku był problem z komunikacją i odnalezieniem się, ale udało się. Przez długi czas debatowaliśmy na temat naszych osiągnięć i porażek, ale w sumie nie o tym powinienem pisać. Zachwycił mnie widok z Calton Hill. Cała panorama Edynburgu ukazała się przede mną. Dla takich chwil jeszcze żyję. Najlepsze było kiedy w nocy i lekkim upojeniu alkoholowym patrzyłem na ten widok i przyszła wena dając kolejny, wspólny wiersz. Później był efekt uboczny alkoholowych eskapad i na ów górze postanowiłem wspiąć się na National Monument. A potem nagle stała ziemia zniknęła, a grunt był twardy, następne dwa tygodnie nie należały do przyjemnych. Ale niczego nie żałuję. Zawsze musi być cena radości. Nawet jeżeli ta cena jest spowodowana przez głupotę.
Panorama Światłocienia
Za okowami światłości zamglone
Miasto w ciemności zagubione.
W swojej ciszy, w nieporządku.
Nic się nie liczy, oprócz wątku
Świata, który nie śpi i nie budzi.
Nawet jeśli boskość znudzi
W wyklętej samotności,
W niepojętej, śmiertelnej codzienności.
Aby dzielniej i dalej, tak krucho i bez siły,
W szepcie szaleństw snów, co się nie spełniły
W gonitwie marzeń cichej mocy,
W pieszczocie brzytwy, co skórę otoczy.
We wpisanym człowieczeństwu pokłonie
Nie odpuszczę, nie zasnę. Całe miasto płonie.
Czy zamilknę, czy zasnę,
W nierealny taniec pokieruję kroki mych stóp.
Zrzucam kaganiec i przekraczam cień wrót.
Oddaję się ciszy, oddaję bez wyjątku.
Nic się nie liczy, oprócz wątku.
Umieram przebudzony w roli bluźniercy.
Tej nocy połączeni Bogowie, niewielcy.
Tej nocy zaklęci Bogowie w ciemności.
Jesteśmy przeklęci w naszej boskości.
Nie zbawi nic, prócz siły i mocy.
My słabi oddajemy się Nocy.
W ciemności splątane owoce
Tej nocy uwielbiane, gdy w tym tańcu jak larwa szamocę,
Ja wiję się brudny w skazie doskonałości.
Żywot Boga nader trudny, jednak bez litości
Tyś ma zguba, Tyś jedyna.
Zawsze druga. Czterolistna koniczyna.
Nie istniejesz i nie żyjesz.
Nawet, gdy się śmiejesz i triumfujesz
Jestem Panem mirażu Twojej woli.
Tej nocy wszystko się pierdoli.
czwartek, 1 października 2015
Człowiek człowiekowi człowiekiem
Często zastanawiałem się czemu ludzie lubią używać innych, a kochać urządzenia. Takie zachowanie zauważyłem już w podstawówce, kiedy pojawiały się telefony i kto nie miał to, o zgrozo, jesteś nic nie wart. Masz przestarzały telefon, jesteś biedak. Smutne ocenianie na podstawie finansów. Chociaż i tak muszę przyznać, że teraz granice między wszystkim się już zacierają. Społeczeństwo nie jest tak podzielone jak kilkadziesiąt lat temu. Wszyscy robią się coraz bogatsi, wszystko jest bardziej dostępne. Przede wszystkim to kim będziesz, nie mniej, nie więcej - zależy tylko i wyłącznie od ciebie.
Teraz masz do wyboru wszystko. Co wybierzesz? Coś łatwego najpewniej. Bo po co się trudzić? Owszem, nie każdy tak postępuje, ale znam wystarczająco wiele osób, którzy właśnie tak robią, mimo tego, że są świadomi jak niedaleko są od dobrej przyszłości. To jest dopiero przykrość.
Tak, dzisiaj pierwszy października, w wielu uczelniach dzień inauguracji. Początek nowego roku akademickiego. Jeszcze tylko kilka lat i studenci pierwszego roku będą mieć dyplomy, licencjat z niepotrzebnych nauk humanistyczno-socjalistycznych, będzie kolejny magister psychologii, jeszcze jeden, który ukończył zarządzanie. Będzie kolejny młody inżynier bez doświadczenia i pozna trud szukania pracy. Każdy z nich pozna ten sam trud. Ale uważam, że każdy z nich reprezentuje sobą wolę walki i chęć ukończenia czegoś więcej. Owszem, niektórzy pewnie przeszli studia tylko na ściągach, ale wątpię, żeby potem pracowali w zawodzie. No ale cóż, zostawmy ich już.
Ciekawe ile z człowieka w nas zostało, ciągle próbujemy się piąć gdzieś, używamy innych, żeby samemu być na wyższej pozycji. Co niektórzy dowalają innym, bo mogą. Jedyna wymówka to dlatego, że mogą. Czy to jest normalne? Odpowiem, że tak było od zawsze. Ludzie uwielbiają czuć władzę. Moim zdaniem to jest chore... ale co to znaczy, że coś jest chore? Nie akceptowane przez otoczenie, ale czy tak naprawdę w takim razie jest chore? Takie pojęcia się wraz ze zmianą czasów zmieniają. Kiedyś trzynastolatka była dorosłą kobietą gotową do reprodukcji, a teraz to jest chore. Nie do pomyślenia. Czasy się zmieniły, chociaż nie we wszystkich kręgach kulturowych. Dlatego potrafimy patrzeć na innych, ludzi z zachodu, jak na dziwaków, chorych ludzi, terrorystów. Bo tak wszyscy mówią. Ale osobiście uważam, że nie każdy jest taki. To też są osoby, mają swoje rodziny, kulturę i marzenia. Co nie znaczy, że popieram wysadzania się w imię religii. Co to to nie. Fanatyzmu w życiu bym nie poparł. Ale patrzenie na jednostki i mówiąc, że taki jest ogół jest niepoprawny. To tak jakby powiedzieć, że wszyscy Europejczycy są fanatycznymi katolikami gotów zabijać wszystkich pogan i niewiernych ludzi. Nawet za czasów wypraw krzyżowych tak nie było, to co dopiero teraz, kiedy jesteśmy w czasach cywilizowanych i przyjaznych człowiekowi, prawda?
Teorie naukowe to psychiczna guma do żucia
Nic nie jest stałe, nie warte nawet współczucia
Umiałem kontemplować nienawiść, jak Budda nicość.
Lecz nie umiałem pozostać sobą, błagałem o litość.
Siedzę teraz w kitlu lekarskim i czekam na zamach,
Czuję śmierć i strach, ta woń się czai po pokojach.
Słyszę płacz i krzyk, na zewnątrz i wewnątrz mnie,
Nie liczę już nawet na to, że to kiedykolwiek minie.
Poeta to taki, co umie w ładny sposób być nieszczęśliwy,
A ja siedzę w kitlu lekarskim i czekam, żałośliwy.
W życiu wiele przyjaźni poświęciłem, nieszlachetnie
Nic nie ma znaczenia, wszystko przepadło, bezpowrotnie.
Teraz masz do wyboru wszystko. Co wybierzesz? Coś łatwego najpewniej. Bo po co się trudzić? Owszem, nie każdy tak postępuje, ale znam wystarczająco wiele osób, którzy właśnie tak robią, mimo tego, że są świadomi jak niedaleko są od dobrej przyszłości. To jest dopiero przykrość.
Tak, dzisiaj pierwszy października, w wielu uczelniach dzień inauguracji. Początek nowego roku akademickiego. Jeszcze tylko kilka lat i studenci pierwszego roku będą mieć dyplomy, licencjat z niepotrzebnych nauk humanistyczno-socjalistycznych, będzie kolejny magister psychologii, jeszcze jeden, który ukończył zarządzanie. Będzie kolejny młody inżynier bez doświadczenia i pozna trud szukania pracy. Każdy z nich pozna ten sam trud. Ale uważam, że każdy z nich reprezentuje sobą wolę walki i chęć ukończenia czegoś więcej. Owszem, niektórzy pewnie przeszli studia tylko na ściągach, ale wątpię, żeby potem pracowali w zawodzie. No ale cóż, zostawmy ich już.
Ciekawe ile z człowieka w nas zostało, ciągle próbujemy się piąć gdzieś, używamy innych, żeby samemu być na wyższej pozycji. Co niektórzy dowalają innym, bo mogą. Jedyna wymówka to dlatego, że mogą. Czy to jest normalne? Odpowiem, że tak było od zawsze. Ludzie uwielbiają czuć władzę. Moim zdaniem to jest chore... ale co to znaczy, że coś jest chore? Nie akceptowane przez otoczenie, ale czy tak naprawdę w takim razie jest chore? Takie pojęcia się wraz ze zmianą czasów zmieniają. Kiedyś trzynastolatka była dorosłą kobietą gotową do reprodukcji, a teraz to jest chore. Nie do pomyślenia. Czasy się zmieniły, chociaż nie we wszystkich kręgach kulturowych. Dlatego potrafimy patrzeć na innych, ludzi z zachodu, jak na dziwaków, chorych ludzi, terrorystów. Bo tak wszyscy mówią. Ale osobiście uważam, że nie każdy jest taki. To też są osoby, mają swoje rodziny, kulturę i marzenia. Co nie znaczy, że popieram wysadzania się w imię religii. Co to to nie. Fanatyzmu w życiu bym nie poparł. Ale patrzenie na jednostki i mówiąc, że taki jest ogół jest niepoprawny. To tak jakby powiedzieć, że wszyscy Europejczycy są fanatycznymi katolikami gotów zabijać wszystkich pogan i niewiernych ludzi. Nawet za czasów wypraw krzyżowych tak nie było, to co dopiero teraz, kiedy jesteśmy w czasach cywilizowanych i przyjaznych człowiekowi, prawda?
Teorie naukowe to psychiczna guma do żucia
Nic nie jest stałe, nie warte nawet współczucia
Umiałem kontemplować nienawiść, jak Budda nicość.
Lecz nie umiałem pozostać sobą, błagałem o litość.
Siedzę teraz w kitlu lekarskim i czekam na zamach,
Czuję śmierć i strach, ta woń się czai po pokojach.
Słyszę płacz i krzyk, na zewnątrz i wewnątrz mnie,
Nie liczę już nawet na to, że to kiedykolwiek minie.
Poeta to taki, co umie w ładny sposób być nieszczęśliwy,
A ja siedzę w kitlu lekarskim i czekam, żałośliwy.
W życiu wiele przyjaźni poświęciłem, nieszlachetnie
Nic nie ma znaczenia, wszystko przepadło, bezpowrotnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)