Obudziłem się. Miałem nadzieję, że stworzę coś pięknego, albo chociaż konstruktywnego. Miałem ochotę coś napisać. Dokończyć opowiadanie. Dopisać kolejny rozdział. Zrobiłem kawę, włączyłem muzykę. Gdybym palił, to z pewnością bym zapalił. Usiadłem przed laptopem i już miałem zacząć. Napisałem dosłownie kilka zdań. Nic nie przychodzi do głowy. Jakby pustka. Nic. Biała ciemność. Zasłona na pomysły. Niezbyt dobre uczucie. Tak jakby chciało się coś stworzyć, ale nie można, w każdym razie nie to co się chce. Odrobina mnie chciała tworzyć coś nowego. Zacząć nowy projekt, który skończyłbym po paru zdaniach, bo potencjał w słowach byłby zupełnie inny, niż ten w głowie. Jak te inne, pozostawione, niedokończone. Jak w piosence The Billa.
Może i to są zwykłe narzekania z rana, ale czuję się rozczarowany sobą. Tak jak zazwyczaj mam ochotę coś napisać, to po prostu siadam i piszę. Rzadko mam takie blokady jak dzisiaj. Może dlatego, że jest piątek? Nie, to przecież absurdalne, data nie ma nic do tego. Chaos na biurku? Zawsze mam, to z pewnością nie to. Nieistotne.
Niemniej zaraz trzeba iść na uczelnię, kolejny ranek stracony. Też tak masz? Siadasz, chcesz coś zrobić, niekoniecznie stworzyć, po prostu masz jakiś plan i wychodzi gówno? Z pewnością. Najgorsze jest przeświadczenie utraconego czasu. Tak, to zdecydowanie marudzenie od rana. Przynajmniej tutaj, w internecie, w tej dennej studni mogę sobie anonimowo narzekać na egzystencję i brak sensu. I mi z tym całkiem dobrze.
Ponarzekał? Ponarzekał. Mogę spokojnie iść na uczelnię.
Poranek
Patrzę w lustro, lecz odbicia nie widzę
Jak Graya płótno, obraz się zmienia
Siedzę, egzystuję, reasumuję swoją wiedzę
Swoje życie rezystuję, brak mi uwielbienia
Zamykam swoje drogi, odchodząc od zmysłów
Plączą mi się nogi, niewiedza niesie zniszczenie
Bezwiednie kroczę, brak mi nowych pomysłów
Nieskończoność skończę, jak w umyśle korzenie
Mój umysł, niby drzewo, daje piękne owoce
Wyobraźnia, piękne niebo, ułuda i iluzja
Niepiękna wieża, której nieznane mi są moce
Czysta beza, liście, białe kwiaty, konkluzja
Choć jeszcze o tym nie wiem, to znam swą enklawę
Tuż za tamtym rogiem, lustro ukazuje nie moją twarz
Piękne i straszne, choć go już nie naprawię
Czas, to co tragiczne, marny, jak ze mnie pisarz
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz