niedziela, 1 listopada 2015

Syndrom Listopada

I nadszedł wreszcie ten miesiąc.
Listopad.
Piękny, długi jak jasna cholera i uporczywy bardziej niż pryszcze w gimnazjum.

Tej nocy, pomiędzy Halloween, którego nie lubię, a dniem zmarłych czuję się zawsze nieswojo. Tym bardziej w miejscu, do którego nie należę. Jakoś kiedyś to wszystko było naturalne. W każdym razie dla mnie. Wszystko po prostu się działo. Myślę, że każdy tak ma do pewnego roku życia. Coś się dzieje i tyle. Nie mamy nad tym kontroli, więc jest spoko. Ale przychodzi ten moment kiedy zaczynamy mieć realny wpływ na decyzje.

Jeszcze kilka dni i będzie dwa lata odkąd mieszkam tu gdzie mieszkam. Listopad. Tak. Właśnie wtedy wtopiłem się w środowisko tej średniej wielkości mieściny. Od tamtego czasu podjąłem tyle złych decyzji, że nie jestem w stanie ich zliczyć. O zgrozo, jeśli mógłbym chociaż dwie czy trzy zmienić. Nawet jedna w wielkim stopniu by wpłynęła na mnie obecnego.
Ale nie.
Czas jest wyjątkowy, bo nie można go przekupić, cofnąć czy też zmienić. Zawsze idzie do przodu, zawsze z tą samą prędkością. Co tak właściwie jest naprawdę ciekawe. Bo nigdy nie odczuwamy prędkości upływu czasu. Zawsze leci dla nas bardzo subiektywnie. Jak jestem z kimś w parku, to czas biegnie jakby był na jakimś maratonie. Za szybko. A jak jestem na wykładach z programowania, to już znacznie wolniej. O tak. Znacznie wolniej. Za wolno.

Dzień zmarłych. Tego dnia wszyscy biegną jak na złamanie karku po to, żeby w pośpiechu zapalić świeczkę na grobie kogoś, kto był bliski. Po co to właściwie? Z pewnością nie po to aby upamiętnić daną osobę. Osobiście mi to rybka czy ktoś mi zapali znicz pierwszego listopada czy pierwszego stycznia czy pierwszego nigdy. Nie odczuję tego. Wolałbym zostać jakoś zapamiętany, niż stać się stacjonarną jednostką przyjmującą świeczki i kwiaty. Chociaż przyznam, lubię kwiaty. Szczególnie wrzosy i lilie.

Mimo wszystko w wolnej chwili to niektórzy myślą o tych zmarłych. Kiedyś sporo myślałem o wujku, którego nie dane było mi poznać. Z chęcią porozmawiałbym z nim. Miałbym wiele wspólnych tematów. Im więcej się o nim dowiadywałem, tym bardziej miałem ochotę go poznać. Potem zaciekawiłem się swoim dziadkiem. Nie wiedziałem, że pisał artykuły dla gazety czy też pisał książkę. Szkoda, że nigdy jej nie wydał. Szkoda, że moja matka wywaliła rękopis. Przeczytałbym. Chciałbym poznać moją siostrę, której nie dane było żyć zbyt długo na tym świecie. A przede wszystkim chciałbym więcej czasu spędzić z ojcem, którego mi chyba najbardziej brakuje. Szkoda, że ta pierwsza dwójka umarła przez swoje nałogi, a kolejna przez błędy lekarzy. Zbyt wielu rzeczy żałuję. Czasem nie potrafię pójść dalej nie oglądając się wstecz. Zbyt często się oglądam. Jakby tam były kolory mojego życia, a przede mną tylko szarość.

Chociaż moja droga wcale się nie skończyła, ba, sądząc po datach z nagrobków, to moja droga dopiero rozkwita, a czuję się jakbym miał już dosyć. Przytłoczony wszystkim idę jak żywe ścierwo. Nie mam ochoty rozmawiać, żyć, egzystować. A mimo wszystko trzeba założyć tą lekko ironiczną maskę, która pokazuje mnie takim jakim bym chciał być. W sumie chyba nieźle mi wychodzi. Znacznie lepiej, niż kiedyś. Znacznie. Ale czy ta maska nie zabija mnie samego?



Oblicze nieokiełznanej
Śmierci, pani naszej
Ta, która cierpliwa
Czeka, nieszczęśliwa

Początkiem płaczu i żałoby
Kresem życia i urody
Śmierci, czemuś Ty piękna?
Śmierci, czemuś bezwzględna?

Zabierasz bliskich mi
A mnie każesz tu tkwić
Zsyłasz tęsknotę i smutek
Żałobny fechtunek



Dawno nie dawałem dwóch utworów. Chyba nadszedł czas. W końcu nadszedł upragniony żałobny miesiąc. Jesień, jedyny czas kiedy mogę swobodnie pisać.

Szedłem już tą drogą tyle razy
Dziś nie prowadzi tam gdzie zawsze
Jakby nieśmiertelna w braku skazy
Wybacz za porażki, wciąż marzę
Biegnę w kierunku nie do końca znanym
Długo, jak cała nieskończoność
Mam wciąż nadzieję, że się tam spotkamy
Zawsze jest wrażenie, jakby złość
Gniew i smutek przeplatają się nieraz
Chociaż wiem, jaki może mieć skutek
Chociaż płynę tą rzeką, zawsze ten sam głaz
Kryje się za nim zwątpienie i smutek
Jakby tama w strumieniu życia
Niczym zator w naszych żyłach
Hamuje nas od działania i bycia
Gdzie Ty przez ten cały czas byłaś?

1 komentarz:

  1. A jednak 1 listopada - mimo tego co piszesz na początku, sprawił że myślisz o Zmarłych, reaktywujesz wspomnienia o nich. I o to właśnie chodzi w tym święcie. Zresztą pójdźmy dalej: nie chodzi o łamanie karku w pogoni za postawieniem świeczki na nagrobku niczym szach-matu na szachownicy a tej refleksji właśnie. Mnie się to święto kojarzyło kiedyś z nieznośnym zimnem, bo staliśmy wiele godzin na cmentarzu, czekając aż rodzice nagadają się z rodziną, powspominają, wymienią numery i obietnicę rychłego spotkania. Od niedawna, kiedy sama poczułam chęć wybrania się na miejsce spoczynku - spaceruję między nagrobkami i wspominam tych, którzy byli mi bliscy. Wczoraj prócz zimna, wędrując po Cmentarzu w Chwaszczynie widziałam miliony światełek, zapach topniejącej parafiny i wspomnienia, gdy szliśmy z tatą a on powtarzał: pamięć o przodkach sięga kilku pokoleń. Bez tego wyjścia z domu, zapalenie świeczki na grobie - jak długo byśmy realnie pamiętali o naszych przodkach? Pamięć ludzka się zaciera. Przyzwyczajenia i tradycje trochę mniej. To właśnie dzięki miejscom spoczynku wciąż pamiętamy o Wielkich, Sławnych. Gdyby nie one, nie byłoby do czego wracać. O czym pisać. O czym pamiętać.
    Chciałabym Ci powiedzieć jeszcze, że maska ironii jest zimna. Odgradza. Odgrodzony świat nie da Ci tego, co potrzebujesz. Niestety wiem to z doświadczenia.

    OdpowiedzUsuń